Witam!
Nowy rozdział nie był w żaden sposób betowany - całkowity brak czasu.Nie mam pojęcia, dlaczego zamiast myślników wskakują mi kropki, poprawię to w wolnej chwili. Mam jednak nadzieję, iż przypadnie Wam do gustu kochane! <3
Spoglądał ukradkiem w kierunku
ciemnowłosej dziewczyny, która zmęczona wcześniejszym krwotokiem
z nosa, spała spokojnie na swoim miejscu. Sam nie wiedział,
dlaczego przemienił swój płaszcz w koc a następnie okrył nim
towarzyszkę, gdy ta przez sen trzęsła się z zimna. Może i nie
był bez serca, ale takie gesty nie leżały w jego naturze. Do tego
nadal odczuwał swojego rodzaju rozdrażnienie, przypominając sobie,
iż po części przez nią skazano go na misję, w której nie chciał
brać udziału. Postać młodej Gryfonki mąciła mu w życiu,
doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż przy ich charakterach nie
będzie łatwo. Z drugiej strony – dziewczyna nie przypominała już
Panny – Wiem – To – Wszystko. Nowa osobowość zdecydowanie
bardziej przypadła mu do gustu. Kiedy znaleźli się w pociągu,
dziewczyna bez słowa zabrała się za przeglądanie notatek, które
mogły pomóc w wykonaniu zadania. Nie męczyła go pytaniami, nie
wciskała na siłę wiedzy. Z ulgą rozłożył się na wszystkich
bliźniaczych siedzeniach i zamknął oczy. Dopiero odgłos
zrzucanych na podłogę dokumentów skupił jego uwagę na szatynce.
Uchylił jedno oko spoglądając, jak tamuje krwotok z nosa
chusteczką, następnie przyjmuje leki i i zirytowana do granic
możliwości rozkłada się, w podobny do niego sposób, na
siedzeniach. Kiedy zasnęła przestał jedynie na nią spoglądać.
Uklęknął przed nią i sprawdził puls, następnie przyjrzał się
branym przez dziewczynę tabletkom. Nie znał się na mugolskiej
medycynie, więc zapamiętał ich nazwę i zabierając brudną
chusteczkę z jej dłoni wrócił na swoje miejsce. Miał w planach
uciec do krainy własnych rozmyślań, jednak Hermiona zatrzęsła
się z zimna. Ignorował to na tyle długo, na ile potrafił. Zaklął
cicho i rozejrzał się po przedziale, wszystkie ich bagaże
teleportowano do Londynu. Nie widząc innego wyjścia zdjął swój
płaszcz i przypominając sobie podstawy z transmutacji –
przemienił go w gruby koc.
W ten oto sposób, sam Draco Malfoy, po
raz pierwszy od lat okazał współczucie.
Stefan Salvatore zdecydowanie nie
przypominał sędziwego czarodzieja, jak to wyobrażała go sobie
młoda panna Granger. Według jej obliczeń, czarodziej już dawno
przekroczył dwieście lat, co nawet u najzdolniejszych magów
wywołuje zmarszczki. On jednak – wysoki, silny i przystojny,
absolutnie nie wpisywał się do tego schematu. Stojąc przy wyjściu
z Dworca Głównego, skupiał na sobie uwagę płci pięknej.
Kasztanowe włosy bujnie sterczały mu wokół głowy, zielone jak
amazońskie lasy oczy, wręcz kusiły swą barwą. Ostra szczęka,
pokryta kilkudniowym zarostem, dodawała mu tylko stylu. Do tego
mężczyzna sporo czasu musiał spędzać na siłowni, gdyż jego
jedynym konkurentem w kwestiach umięśnienia, był sam Malfoy,
którego ciało wyrzeźbiła wojna. Dziewczyna zagryzła policzki,
czując jak się rumieni. Obce było to dla niej uczucie, gdyż nigdy
nie zwracała uwagi na atrakcyjność otaczających ją chłopców.
Ciężko jednak było nie zauważyć niezwykłej, onieśmielającej
wręcz – urody tajemniczego czarodzieja.
- Witajcie. - uśmiechnął się do nich Stefan, wyciągając dłoń na powitanie.
- Pan Salvatore? - spytała dziewczyna, chociaż odpowiedź była oczywista.
- Tak. Miło was poznać. Dracon i Hermiona, prawda? - odparł przyglądając się uczniom Hogwartu. - Chodźcie, nie mamy za dużo czasu. - dodał kierując się w stronę taksówek.
- Muszę jeszcze coś załatwić. Możemy spotkać się na miejscu? - zapytała młoda kobieta poprawiając swoje wieczne okulary. Malfoy spojrzał na nią obojętnie, chociaż w rzeczywistości zastanawiał się, co kombinuje jego towarzyszka.
- Jasne, trafisz do biblioteki głównej? - odpowiedział Stefan.
- Tak, wiem gdzie to jest.
- Dobrze, za biblioteką jest magiczna budka telefoniczna. Zadzwoń po mnie.
Siedział przy kominku, popijając
Ognistą Whisky. Popołudnie spędził z nowo poznanym czarodziejem
analizując wszystkie historie, z którymi dane mu będzie się
zmierzyć. W porównaniu do swojej towarzyszki on – wielki
arystokrata z bogatego domu, nigdy nie dostawał pięknych baśni na
dobranoc. W jego rodzinie bajki były zarezerwowane dla potencjalnych
klientów i przedstawicieli Ministerstwa Magii, na dodatek nie miały
uczyć o tym, że liczy się dobro i miłość, tylko nakłonić do
uzyskania czegoś przez państwo Malfoy. Odchylił głowę na miękkim
fotelu zamykając oczy. Minęła dwudziesta a Granger dalej nie
wracała. Chociaż starał się mieć jej osobę w głębokim
poważaniu, to gdzieś w jego świadomości zapaliła się
ostrzegawcza lampka. Może coś jej się stało? Po
długim wykładzie, którego udzielił mu Stefan, młody mężczyzna
zwiedził dom. Musiał przyznać, iż podobał mu się barokowy styl
pomieszczeń. Było w nich coś starego i solidnego. Większość
podłóg pokrywało drewno, ściany karminowa farba i obrazy w
złotych ramach. Na środku salonu stały dwa wielkie fotele, przed
którymi w kominku palił się ogień. Okazało się, iż pan
Salvatore gustuje w drogich, mocnych alkoholach, do tego nie ma w
zwyczaju narzucać się innym, więc zostawił młodego mężczyznę
samego ze złocistym trunkiem.
Wypuścił
ciężko powietrze z płuc, czując rosnącą irytację, oraz
działanie wypitej whisky. Granger sama wyciągnęła ich na ową
misję, po czym zostawiła go samego znikając w najlepsze. Prawdziwa
Gryfońka głupota. Odważni w mowie, gorzej z czynami. Już miał
nalać sobie kolejną szklankę, kiedy usłyszał ruch w korytarzu.
Zamarł nasłuchując, przezornie trzymał różdżkę na kolanie.
Dotknął jej, szykując się na obronę. Kroki powoli zbliżały się
ku niemu, aż w końcu zobaczył ją.
Stanęła przed nim
zasłaniając tym samym światło kominka. Nie dostrzegł wyrazu jej
twarzy, ale po czerwonych policzkach i rozwianym włosiu od razu
stwierdził, iż dziewczyna musiała przebiec maraton. Patrzyli na
siebie chwilę, jakby oswajając się ze swoją obecnością. Malfoy
powoli wyprostował się na siedzeniu, chowając różdżkę do
kieszeni. Dziewczyna w tym czasie ściągnęła swój czarny płaszcz
i zajęła drugi fotel. Nie powiedział nic, kiedy jednym ruchem
różdżki przywołała pustą szklankę. Nie powiedział nic, kiedy
nalała sobie sporą ilość whisky. Mógł też milczeć, widząc
jak zamyka się w sobie i ucina niezaczętą nawet konwersację.
- Gdzie byłaś? - spytał chłodno. Spojrzała na niego zaskoczona.
- Nieważne. - odparła spokojnie, poprawiając okulary.
- Mamy robotę, Granger. - mruknął dolewając sobie whisky.
- Wiem.
Patrzył w ogień,
zastanawiając się, co tak zajmowało czas dziewczyny. Z założenia
nie było to dla niego ważne, ale gdzieś tam w środku –
niewiedza irytowała. Przejechał palcem po obrzeżu szklanki
zagryzając nieświadomie wargę. Nie zauważył, iż szatynka
przygląda mu się z zainteresowaniem. Dla niej umysł młodego
arystokraty owiany był jakąś tajemnicą, która korciła, aby ją
odkryć. Do tego musiała przyznać – zmężniał. Już dawno
zauważyła, iż Malfoy nie przypomina szczurowatego chłopca z
dawnych lat. Z dziwnym rozrzewnieniem obserwowała, jak spokojnie
oddycha unosząc klatkę, schowaną pod białą koszulą. W otoczeniu
antycznych ozdób i czerwieni, mężczyzna wyglądał niebezpiecznie
i przyciągająco. Lewę ramię zawsze zasłaniał,
najprawdopodobniej widniał na nim znak Śmierciożerców. Nie
wiedziała, czy jej towarzysz naprawdę przyłączył się do
wojowników Voldemorta, tak na dobrą sprawę – prawie nic o nim
nie wiedziała. Musiała jednak przyznać, iż jego zachowanie w
stosunku do niej uległo zmianie.
- Czego tak szukasz? - z zamyślenia wyrwał ją głos Dracona. Nadal pieścił spojrzeniem płomienie.
- Odpowiedzi. - odparła cicho. Zaśmiał się lekko, słysząc jej słowa.
- Na co, Granger? Co tak bardzo cię ciekawi?
- Ty. - przyznała, nim zrozumiała, o czym mówi. Przeklęta whisky.
Popatrzył na nią
zaskoczony. Oboje rozluźnili się od ilości wypitego alkoholu,
jednak on nie zdobyłby się na taką szczerość wobec szatynki.
Zlustrował uważnym spojrzeniem jej chudą postać. Musiał
przyznać, iż bez ogromnych okularów, które odłożyła na stolik,
oraz dziwnego koka na głowie, którego pozbyła się przed
przybyciem do salonu – gdzieś tam młoda panna Granger była nawet
urodziwa. Dla niego jednak, człowieka, którego piękno nie urzeka,
ujrzenie prawdziwego uroku dziewczyny było prawie niemożliwe. Tej
delikatności serca, które pomimo prób i ran dalej biło. Tej siły
umysłu, który pomimo wszelkich przeciwieństw dalej zaskakiwał
swoim rozwojem. Tej siły charakteru, która pomogła jej przetrwać
każdy mroczny dzień. Hermiona Granger zdecydowanie nie przypominała
większości ludzi – pragnących jedynie prostych, typowych rzeczy.
Jej całe piękno wyłaniało się dzięki osobowości, której nie
można podrobić.
- Co się z tobą dzieje? - spytał mrużąc oczy. - Nie kłam. Wiem, że jesteś chora.
Zagryzła policzki
uciekając wzrokiem od natarczywego spojrzenia mężczyzny. Nie miała
zamiaru zwierzać mu się z tak prywatnych rzeczy.
- Nie ma to związku z zadaniem. - odparła spokojnie.
- Jeżeli zemdlejesz w trakcie walki, albo nie będziesz w stanie iść – tak Granger, ma to związek z zadaniem. - rzucił chłodno wracając do podziwiania płomieni.
- Nie zemdleję, zadbałam o to. Dobranoc. - warknęła wstając. W ułamku sekundy szklanka mężczyzny stuknęła o stolik a on znalazł się przed szatynką.
- Granger, ja nie martwię się o ciebie jak przyjaciel czy kochaś. Chcę przetrwać, rozumiesz? Możesz bawić się w męczennicę przed innymi, ale mnie to nie kręci. Mamy wykonać zadanie i w jednym kawałku wrócić, jasne? - szepnął jej do ucha zaciskając pięści.
- Nie dramatyzuj, Malfoy. Myślisz, że nie wiem nic o przetrwaniu? - zakpiła.
- Przekonam się w praktyce. Wyruszamy jutro o północy. - odparł oddalając się od szatynki.
Następnego dnia,
Stefan zaprowadził dwoje uczniów do wielkiej biblioteki w
podziemiach swojego domu. Wypełniona magicznymi księgami i zwojami
zauroczyła młodą Gryfonkę tak bardzo, iż nie potrafiła skupić
się na wskazówkach, których mężczyzna im udzielał. W oddali
dostrzegła dzieła z zakresu medycyny eksperymentalnej, niezwykle
rzadkie i kosztowne. Od dawna próbowała je znaleźć, ale dostęp
do nich okazał się niemożliwy. Nawet nie zauważyła, kiedy
znalazła się przy nich chcąc zagłębić się w lekturze.
- Prosperujesz na magomedyka? - usłyszała za sobą głos Salvatore. Zaskoczona obróciła w stronę mężczyzny.
- Nie wiem. - przyznała. - To dość odpowiedzialna praca.
- Podobno jesteś bardzo mądra. Tak przynajmniej twierdzi Albi. - uśmiechnął się.
- Albi? Ach, dyrektor. Właśnie, jak to możliwe, że masz aż tyle lat? Kamień filozofów? - zapytała mierząc rozmówcę uważnym spojrzeniem. Ponownie usłyszała jego śmiech.
- Nic z tego. Powiedzmy, że taki już jestem.
- Okrutne. - szepnęła. Spojrzał na nią zaskoczony. - Taki dar to bardziej przekleństwo. Przeżyłeś śmierć wielu bliskich, prawda?
- Tak...ale wiesz, czas leczy rany. Nauczyłem się wykorzystywać moją wieczność na robienie czegoś, czego inni nie są w stanie. Pilnuję ksiąg, co jak widać, nie zawsze jest proste. Do tego świat ciągle się zmienia a ja mogę te zmiany obserwować. - powiedział łagodnie.
- Żyłeś w czasie drugiej wojny światowej. Jak to wyglądało?
- Zadajesz ciekawe pytania. - zaśmiał się. - Okropnie. Po czymś takim zyskujesz niezwykły szacunek do ludzkiego życia. Wiesz, na początku się bałem, ale potem...nie wiem, przemogłem się. Walczyłem po stronie brytyjskiej, pomagałem Polakom ratować Żydów, próbowałem przekazywać ważne informacje tym, którzy chcieli wojnę zakończyć. Polityka była zagmatwana, ludzie wystraszeni. Nie wiedzieliśmy, komu możemy ufać. Do tego obozy koncentracyjne...rzeź niewinnych ludzi zawsze pozostawia po sobie namacalny ślad. Widzisz to w ludzkich oczach.
- Rozumiem. - szepnęła Hermiona. - Powiedziałeś wcześniej, że mamy odnaleźć zagubioną cząstkę Voldemorta. Możliwe, że ma ona ludzką formę?
- Nie wiem. Nie jestem w stanie tego stwierdzić, aczkolwiek minęło sporo czasu i jak najbardziej, jej ewolucja jest możliwa.
- Mam nadzieję, że damy radę. - mruknęła dziewczyna.
- Jak przestaniesz się obijać, to może i tak. - wtrącił Malfoy, dziwnie zirytowany.
- Dobra! Pakujcie się, niedługo wyruszacie! - rzucił Stefan, widząc, iż partnerzy zaraz znowu skoczą sobie do gardeł.
Wraz z pojawieniem
się na niebie okrągłego księżyca troje czarodziei spotkało się
na dachu wielkiej willi Salvatore. Jak się okazało – przejście
do świata baśni prowadziło nie tylko przez przestrzeń, ale i
czas. Jedynym momentem, w którym można przemieszczać się między
wymiarami jest okres ziemskiej pełni księżyca. Zaopatrzeni w
najważniejsze przedmioty, młodzi wojownicy, oczekiwali momentu, w
którym Stefan przepuści ich dalej.
- Pamiętajcie. Musicie trzymać się razem. Po drugiej stronie spotkacie przewodników, którzy pomogą wam odnaleźć się w baśniowej krainie. Znajdźcie zagubioną cząstkę Voldemorta, zabezpieczcie ją zaklęciem i zabierzcie z powrotem. Powrót umożliwią wam amulety, które rano ode mnie dostaliście. Wystarczy trzy razy wymówić moje nazwisko a wrócicie tutaj.
- Ile mamy czasu? - spytał Malfoy, poprawiając zapięcie kurtki.
- Dużo, godzina tam to jak sekunda tutaj. - odpowiedział Stefan posyłając im pokrzepiający uśmiech. - Ale nie przeginajcie, po tym jak pełnia zniknie zostaniecie tam do następnej. Czyli dla was...bardzo długo. - dodał.
- Dobra, lecimy. - powiedziała twardo szatynka.
W oddali usłyszeli
bicie kościelnego dzwona, północ w końcu nadeszła a oni nie
mieli już odwrotu. Jak na zawołanie wokół nich pojawiła się
złota łuna światła. Dziewczyna spojrzała zaskoczona na Stefana,
ten jednak z zamkniętymi oczami wymawiał skomplikowane zaklęcia,
których usłyszeć nie było jej dane, gdyż głośny świst uderzył
w jej uszy. Krzyknęła, chowając twarz w dłonie. Kątem oka
dostrzegła, iż ciałem blondyna również wstrząsnęły dreszcze.
Po chwili oboje opadli na chłodne podłoże, czując, jak uchodzi z
nich życie...
Obudził się
pierwszy, czując jak ból głowy uniemożliwia mu logiczne myślenie.
Powoli wracały do niego zamglone obrazy. Był na dachu, wokół
roznosiły się dźwięki kościelnego dzwonu, Stefan mamrotał
zaklęcie, Granger upadła...Granger! Natychmiast podniósł się do
pozycji siedzącej, szukając młodej kobiety. Złapał się za
potylicę mamrocząc przekleństwa. Wokół leżały zaspy śniegu,
na niebie unosiła się czerń wyróżniona drobnymi gwiazdami. Z
zaskoczeniem stwierdził, iż wszędzie jest pusto. W oknach nie
paliły się światła, z kominów nie leciał dym. Całe miasto
wyglądało na wymarłe, jedynie ostry wiatr rozwiewał grudy śniegu
po ulicy. Wioska, w której się znalazł przypominała cmentarzysko.
Podniósł się do pozycji siedzącej, sprawdzając jednocześnie,
czy nie zgubił różdżki oraz medalionu. Głucha cisza wydawała
się złowieszcza i niepokojąca. Jeszcze większy niepokój
wzbudzała nieobecność jego towarzyszki. Zaklął cicho i kocimi
ruchami przemieścił się między chatkami z cegły. Śnieg
delikatnie prószył jeszcze bardziej zasypując okolice. Ścisnął
różdżkę w dłoni, przygotowując się na ewentualny atak
przeciwnika. Skręcił w kolejny zaułek i stanął jak wrośnięty w
ziemię.
W oddali, na
niewielkim, zamarzniętym jeziorze – leżała ona. Musiała być
nieprzytomna, gdyż nie wykonywała żadnych ruchów. Po raz pierwszy
od dawna, młody arystokrata poczuł prawdziwy strach. Odrzucił
gardę człowieka obojętnego i bez zastanowienia pobiegł w stronę
jeziora. Z daleka nie był w stanie ocenić, czy dziewczyna w ogóle
żyje, co wywołało u niego dziwny skurcz w żołądku. Rozejrzał
się wokół, niczego niepokojącego jednak nie zauważył. Użycie
czarów mogło niepotrzebnie zdradzić, iż jest czarodziejem, więc
postawił pierwszy krok na lód. Był na tyle gruby, iż spokojnie
mógł udźwignąć ciężar jego ciała. Nie myśląc więcej powoli
pokonywał dzielącą ich odległość, nie wiedział w jakim stanie
jest dziewczyna, ale liczył, iż obudzi się, kiedy potrząśnie nią
kilka razy. Przenikające zimno irytowało go przemożnie, bo stan
zdrowia Hermiony nie należał do najlepszych. Gdyby jeszcze musiał
znosić jej przeziębienie, to olałby misję i wrócił do Hogwartu.
Między arystokratą a dziewczyną pozostało zaledwie kilka metrów,
kiedy usłyszał dźwięk pękającego lodu. W ostatniej chwili
nabrał powietrza, gdyż tafla załamała się pod nimi wrzucając z
całej siły w zimną toń wody. Przeraźliwy chłód przeniknął
jego ciało wywołując wstrząs, nie myśląc o konsekwencjach
niewerbalnie wypowiedział zaklęcie lumos i w oświetlonej wodzie
ujrzał bezwładne ciało szatynki. Długie do pasa włosy owiały
ją, niczym plątanina bluszczu. Bardziej przypominała nocną marę,
niż młodą kobietę. Nie gasząc światła popłynął w jej
kierunku, czując, jak strach ogarnia jego umysł. Kiedy tylko złapał
ją za dłoń wpił się w usta dziewczyny, próbując oddać jej
trochę tlenu. Podziałało. Otworzyła natychmiast oczy,
zdezorientowana zaczęła wierzgać nogami, jednak otaczająca ją
woda skutecznie spowalniała ruchy szatynki. Następnie silne ramię
pociągnęło ja w górę, wydobywając na powierzchnię.
Leżeli na
ośnieżonym brzegu, próbując złapać oddech. Mokrzy, zmarznięci
i zmęczeni nie wiedzieli, jak zareagować. Dziewczyna poczuła, jak
jej ciało trzęsie się z zimna i wyczerpania. Arystokrata również
nie czuł się najlepiej. Nie dość, że przeżył przeniesienie do
innego świata, to jeszcze pływał w lodowatym jeziorze i w pewien
sposób...pocałował swoją towarzyszkę. Liczył, iż nigdy do tego
nie wrócą. Spojrzał na jej czerwone od mrozu oblicze i zbierając
w sobie siły, podniósł się do pozycji stojącej.
- Chodź. Musimy się ogrzać. - rzucił, oddalając się od niej.
Po kilku nieudanych
próbach, w końcu wstała. W trakcie marszu do jej umysłu powracały
obrazy z willi Stefana, oraz dziwna ciemność, która zamroczyła
jej umysł, kiedy przenosili się między światami. Chcąc, czy nie
– czuła, jakby nawaliła. Nie wiedziała, dlaczego znalazła się
na środku zamarzniętego jeziora i z jakiej racji nie wybudziła się
sama. Do tego zawdzięczała Ślizgonowi życie, co tylko pogarszało
jej stan. Sięgnęła do paska spodni, przyczepiona do niego nerka
dalej trzymała się na swoim miejscu. Przed wyjazdem z Hogwartu
zaczarowała ją, aby pomimo swojego małego rozmiaru spokojnie
zmieściła wszystko, co przyda się im w trakcie misji.
Zabezpieczona silnymi zaklęciami odporna była na płomienie i wodę.
Próbowała skupić swój wzrok na sylwetce Malfoya, ale brak
okularów - które spoczęły na dnie jeziora, zdecydowanie utrudniał
jej owe zadanie. Do tego wiatr przybrał na sile i zmroził ją do
szpiku. Czując, jak lodowacieje zacisnęła szczęki, które
wydawały nieprzyjemne dla ucha dźwięki. Ciężko jej było się
ruszać, jeszcze trudniej oddychać. Płuca ścisnęły się okrutnie
a mokre włosy przykleiły do ciała.
- Tutaj. - usłyszała głos blondyna.
Nadal nie zwracając
na nią uwagi, wszedł do jednego z opuszczonych domków z czerwonej
cegły. Jako jeden z niewielu miał całe okna i szczelny dach. Kiedy
znaleźli się w środku, młoda kobieta natychmiast sięgnęła do
nerki i wyciągnęła z niej różdżkę. Jednym zaklęciem osuszyła
całe ciało, następnie znów włożyła dłoń do sakwy i po chwili
grzebania w niej – wyciągnęła zapasową parę okularów. Po raz
kolejny doceniła własną przezorność. Jej towarzysz również
wysuszył całe ciało, rozglądając się po budynku.
- Zostań tu na chwilę. - rozkazał wchodząc po drewnianych schodach. Westchnęła zirytowana, kierując się do piwnicy.
Dom był pusty. O
tym, iż ktoś w nim kiedyś mieszkał świadczyły jedynie resztki
jedzenia, które znalazła w piwnicy. Większość nie nadawała się
do spożycia, jednak wśród konserw odnalazła hermetycznie
zamkniętą puszkę z kawą. Uśmiechnęła się sama do siebie.
Zabrała ze sobą zapasy z Hogwartu, więc głód jej nie groził.
Nie myślała o blondynie, który również miał przy sobie sakwę,
której zawartości nie znała. Malfoy na pewno potrafił radzić
sobie w takich sytuacjach.
- Jest tu coś? - podskoczyła jak oparzona, słysząc jego głos obok siebie.
- Możesz tak się do mnie nie skradać? - mruknęła cicho. - Niewiele, ale damy sobie z tym radę.
- Nie możemy rozpalić ognia. - oznajmił pomijając jej pytanie.
- Wiem, nie potrzebujemy niepotrzebnej uwagi. - odparła.
- Na piętrze jest jedna sypialnia. Biorę pierwszą wartę. Jutro ogarniemy, co tu się dzieje.
- Dobrze. - zgodziła się, czując, jak sen powoli obezwładnia jej ciało.
Skierowała się na
piętro, młody mężczyzna szedł za nią nasłuchując uderzającego
o budynek wiatru. Nie podobała mu się ta sytuacja, ale musiał
jakoś wydostać ich z tego miejsca. Zmęczeni i tak nie nadawali się
do podróży. Kiedy tylko znaleźli się w sypialni, Draco ustawił
miękki fotel niedaleko drzwi a dziewczyna zamknęła się w
prowizorycznej łazience, którą wypełniał jedynie zlew, pęknięte
lustro i sedes. Odpuściła sobie wiązanie długich włosów. Wyjęła
z nerki bluzę i dresowe spodnie, umyła zęby, przebrała się i
czując, jak zasypia na stojąco – wróciła do pokoju. Malfoy
siedział spokojnie na swoim miejscu czytając zbiór baśni.
Najwyraźniej szukał odpowiedzi, odnośnie miejsca, w którym się
znaleźli.
- Malfoy. - zwrócił swoje szare spojrzenie w jej kierunku.
- Czego? - mruknął.
- Dziękuję. Uratowałeś mi życie...znowu. - bąknęła przeczesując włosy. Musiał przyznać, iż wyglądała uroczo w tej sennej wersji samej siebie.
- Przestań zmuszać mnie do tego. - odparł chłodno.
- Postaram się. - odpowiedziała spokojnie, posyłając mu blady uśmiech. - Znalazłeś coś?
- Idź spać, niewyspana na nic się nie przydasz. - westchnął teatralnie. Zaśmiała się delikatnie.
- Wzajemnie. Możemy rzucić zaklęcia ochronne. Nie będziesz musiał nas pilnować, wyśpimy się. - zaproponowała.
- Nie znamy tego świata, lepiej obyć się bez magii. - mruknął przekładając stronicę.
- Znam kilka historii, w których panowała wieczna zima. - zaczęła dziewczyna, siadając w fotelu obok. - Problem w tym, że tutaj wszystko jest pomieszane. Może zima też jest efektem ubocznym działań Voldemorta?
- Może...musimy znaleźć jakiś punkt zaczepny.
- Stefan mówił o przewodnikach. Gdyby udało nam się ich znaleźć...
- Daj spokój. - przerwał jej Draco. - Nikomu nie możemy ufać, sama wpakowałaś nas w tę bajeczkę, więc teraz pokaż na co cię stać.
- Matko jedyna! Możesz już przestać? O mało dzisiaj nie utonęłam, możesz mi wygarniać do końca życia, ale po ukończeniu misji, dobrze? - warknęła złowrogo.
Malfoy już
szykował odpowiedź, kiedy podłoga w pomieszczeniu skrzypnęła
cicho, skupiając uwagę owej pary na miejscu, z którego dochodził
alarmujący dźwięk...
