30 lipca 2017

Śnieżka

    Obiecałam, że rozdział będzie przed końcem miesiąca - jest! 
Kolejny powinien pojawić się w drugiej połowie sierpnia. Miłego czytania!



    Nigdy nie myślała o tym, jak umrze. Podczas wojny obawiała się śmierci, ale pragnąc przetrwać, odsuwała od siebie destrukcyjne myśli, wiedząc, iż tylko przeszkodzą jej w realnym postrzeganiu rzeczywistości. Później śmierć zapukała do drzwi jej najbliższych. Rodzice, przyjaciele,
dawna miłość...każdy po kolei odchodził pozostawiając ją z sercem owiniętym cierniem.
Jako dziecko przyjaźniła się z psem sąsiadów, Bastianem, który spędzał z nią całe dnie, bawiąc się w ogrodzie rodziców Granger. Starsi państwo Dessie, właściciele psa, nie mieli z tym problemu, sami nie zawsze potrafili znaleźć siły, aby wyprowadzać dalmatyńczyka, więc fakt, iż córka ich sąsiadów zajmuje się czworonogiem – był jak dar od losu. Pewnego dnia, gdy dziewczynka zapukała do ich drzwi, aby wyprowadzić Bastiana na spacer, otworzył jej zapłakany pan Dessie. Powiedział, iż już nie musi im pomagać, gdyż kochany Bastian odszedł na zawsze. Czym było to „odejście na zawsze”? Nie wiedziała, więc wróciła do domu i powiedziała o tym rodzicom, licząc, iż wytłumaczą jej sens, owego stwierdzenia.

-   To oznacza, że jest w niebie. Bastian umarł, jego dusza poszła dalej. - szepnęła mama dziewczynki, głaszcząc ją po włosach.

-   Czym jest dusza? - zapytała.

-   Cóż...każdy z nas ją ma, nie widać jej, ale to ona czyni nas dobrymi. Zarówno ludzie, jak i zwierzęta posiadają swoje dusze, które po ich śmierci idą do nieba, gdzie są szczęśliwe po wieki. - odpowiedziała Pani Granger.

-   Mamo, czy wy też kiedyś pójdziecie do nieba?

-   Kiedyś tak, ale nie martw się. Minie bardzo, bardzo dużo czasu, zanim to się stanie...


     Szli przez ośnieżone połacie lasu, nadal poszukując kryjówki Krasnoludów. Malfoy wypróbował wszystkie znane mu zaklęcia lokalizujące, jednak żadne nie okazał się przydatne. Podczas, gdy on dwoił się i troił, emanując irytacją, jego towarzyszka zatracała się w nieprzyjemnych wspomnieniach. Dawno nie wracała do chwil spędzonych z rodziną. Były to swojego rodzaju skrzynki, schowane głęboko w jej umyśle. Każda próba otworzenia ich kończyła się bólem i rezygnacją. Zastanawiające, iż po śmierci ukochanej osoby, nawet dobre wspomnienia przynoszą tylko cierpienie. Osobiście, nie wierzyła w coś takiego, jak lecznicze działanie czasu. Najlepszym wyjściem było znalezienie dla siebie celu, który pochłania człowieka i wykańcza go do tego stopnia, iż w nocy śpi, zamiast myśleć. Dlatego też po ukończeniu działań dla Zakonu wyruszyła w długą podróż, w której odkryła nieznane jej dotąd oblicze świata. Niezwykłe, ile rzeczy umyka nam na co dzień, ile nierealnych i okropnych stworzeń czai się w kątach naszego domu czy pod osłoną mroku przemierza ulice naszego miasta. Potrafią niespostrzeżenie wysysać z nas chęć do życia, tworzyć w nas bańki pełne smutku, doprowadzać do furii oraz autodestrukcji.


    Spojrzała w kierunku swojego towarzysza. Obok niego lewitował duch znienawidzonego nauczyciela Eliksirów, bezgłośnie łopocząc czarną szatą. Pomimo swojego oddania dla Zakonu Feniksa, oraz uczniów Hogwartu – nadal emanował wrogością i niechęcią w stosunku do Hermiony. Syriusz, który pojawił się jako Przewodnik uczennicy domu Lwa ulotnił się wcześniej, poszukując śladów. Próbował nawiązać z dziewczyną kontakt, jednak słysząc jej zdawkowe odpowiedzi, zrezygnował z dalszych prób i zaczął działać. Tracili coraz więcej czasu, bezowocnie poszukując istot, których zamiarów tak naprawdę nie znali. Równie dobrze przy Krasnoludach Śnieżki mogło nie być.

-   Mam. - Black zmaterializował się przed nimi. - Kilometr stąd, na zachód. Znalazłem świeże ślady, udałem się za nimi i dotarłem do schowanego wśród drzew przejścia. To musi być to.

-   Pójdziemy przodem. - odparł Severus. - Gdyby coś się działo, damy wam znać.


    Hermiona spojrzała na Malfoy'a, który przez chwilę bił się z myślami. Nie umknęło jej uwadze, iż Ślizgon podchodzi do Przewodników nieufnie. Chociaż udowodnili swoje zamiary, to lata życia wśród Śmierciożerców zrobiły swoje. Ruszyli za duchami, nasłuchując cieni, które śledziły ich od dłuższego czasu.


    Kiedy znaleźli się przy ukrytym w gęstwinie przejściu, Hermiona wyjęła różdżkę i za jej pomocą otworzyła bezszelestnie drzwiczki. Wejście było niewielkie i ukazywało plątaninę gęstych, kratkowych schodów skrytych w mroku. Nie mieli wyjścia, musieli zaryzykować i zejść do Podziemia. Kiedy dziewczyna już planowała przekroczyć próg, blondyn ją wyprzedził.
Zaskoczona spoglądała na niego, nie wiedząc, dlaczego postanowił ją osłaniać. Z drugiej strony, może liczył na to, iż śledzące ich istoty zajmą się najpierw nią. Nie myśląc za wiele, udała się za młodym mężczyzną, licząc, iż Krasnoludy okażą się skore do współpracy. Severus pozostał przy wejściu, aby w razie niebezpieczeństwa ostrzec swoich byłych uczniów. Syriusz rozmył się w powietrzu, sprawdzając Podziemie. Młodzi czarodzieje wyostrzyli wszystkie zmysły, ograniczając wydawane dźwięki do minimum.


    Dotarcie do ostatniego schodka zajęło im ponad pół godziny. Powietrze na takiej głębokości było ciężkie i przesycone zapachem ziemi. Hermiona czuła w nim jeszcze coś, czego nie potrafiła zidentyfikować. Jakby metal i ogień, jednak przeszywające ich zimno wykluczało istnienie źródła ciepła. Przed nimi rozciągał się wąski i niski tunel, który podobnie jak schody – pokonali w skłonie. Plecy bolały ich od niewygodnej pozycji a płuca z trudem funkcjonowały przy niesprzyjających warunkach. Ryzykując, Malfoy wyciągnął różdżkę i rozjaśnił otoczenie. Przygotowany na ewentualny atak, wbił wzrok w przestrzeń przed sobą. Na ich szczęście, tunel powiększał się co kilka metrów, aż w końcu pokonywali go w wyprostowanej pozycji. W oświetleniu Hermiona zauważyła, iż zamiast typowych ścian, otacza ich gruba siatka z metalu, trzymająca ziemię wokół nich. Prowizoryczna podłoga wyłożona była kamienną ścieżką. Co kilka metrów w ścianie tkwiły niezapalone pochodnie. Już wiedziała, skąd brały się owe zapachy. Pochodnie, chociaż pozbawione światła, nadal pachniały płomieniami. Widocznie niedawno ktoś przechodził przez tunel.
Wpatrując się w plecy Malfoy'a, analizowała, co wie o Krasnoludach. Niskie, bardzo silne, pozbawione magicznych zdolności, honorowe, walczące orężem, które same stworzyły.
Mity podają, iż zostały stworzone przez bogów jeszcze zanim pojawili się ludzie czy Elfy. 
Baśnie ukazują ich, jako wiernych wojowników Śnieżki, którzy pomogli jej pokonać Złą Wiedźmę i odzyskać królestwo ojca. Ścisnęła mocniej różdżkę, widząc, iż idący przed nią mężczyzna zatrzymuje się. Nawet na nią nie spojrzał, przed sobą napotkał mosiężną okrągłą bramę z wyrytymi symbolami. Przyglądał im się, próbując rozszyfrować ich znaczenie. Finezyjne słowa zdawały się być kluczem do wejścia, gdyż w bramie nie było żadnego otworu na klucz, ani klamki. Malfoy jako człowiek uczony znał wiele języków, ten jednak, był nowością. Zirytowany potarł zarośniętą już lekko brodę, po czym odsłonił widok dziewczynie, licząc, iż po latach siedzenia w książkach, będzie znała język, w którym stworzono znaki. Podeszła bliżej, prawie stykając swoje ramiona z ramionami blondyna. Poprawiła okulary mrużąc oczy, dopiero w tamtej chwili zauważył widoczne cienie na jej twarzy, musiała być wykończona, co nie wróżyło dobrze dla ich misji.


-   Nie wejdziesz tu, jeżeli w głębi twego serca kryje się mrok. Kto pokona go siłą swojej wiary, ten odnajdzie odkupienie i zbawienie. Biada tym, którzy przybywają wojować, gdyż serca ich zepsute a drzwi te zamknięte na wieki. Tak nam dopomóż, Odynie. - szepnęła.


    Brama otworzyła się z głośnym skrzypieniem, ukazując kolejny korytarz, tym razem oświetlony przez płomienie pochodni.

-   Co to za język? - spytał ostro.

-   Elficki. - odpowiedziała, chcąc przejść dalej.

-   Skąd go znasz? - spytał lustrując jej drobną osobę. Coraz bardziej go zaskakiwała, jak i irytowała. Cały ten jej wachlarz umiejętności nie pasował do nauk z Hogwartu.

-   Zainwestuj w książki. - mruknęła, licząc, iż ruszą w głąb Podziemia, zamiast skupiać się na niej i jej życiu. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, iż w trakcie ich podróży pokazała mu zbyt wiele i prędzej czy później, mężczyzna będzie domagać się odpowiedzi.

-   Wystarczy. - warknął cicho, łapiąc dziewczynę za ramię. Nim się obejrzała, stała przyciśnięta do zimnej, chropowatej ściany. - Zabijasz duchy, znasz język elfów, odprawiasz egzorcyzmy. Co to wszystko ma znaczyć?

-   To, że aktywnie spędzam wolny czas, Malfoy. - również warknęła. - Nie dotykaj mnie.

-   Po co bierzesz leki?

-   Skończ.

-   Dlaczego nie wyruszyłaś z resztą Wielkiej Trójcy w świat?

-   Skończ.

-   Kim, do cholery, jesteś? Mam prawo wiedzieć, skoro narażam swoje życie na misji, w którą sama mnie wpakowałaś. - warknął ciskając iskrami z szarych tęczówek. Hermiona zauważyła cienie pod oczami blondyna, podobnie jak ona – potrzebował odpoczynku.

-   Nic nie musisz wiedzieć, bo nie ma to wpływu na to, co tu robimy, Malfoy. Ja nie wyciągam od ciebie żadnych informacji, gdybyś chciał zauważyć.

-   Oczywiście – zaśmiał się złowieszczo. - w końcu nie latam jak głupi po bajkowym świecie w poszukiwaniu cholernych krasnoludków, mierząc się z morderczym duchem martwej dziewczynki, otoczony zmarlakami, zmuszony do przebywania z tobą, Granger. Co do informacji na mój temat, to doskonale zdaję sobie sprawę, co o mnie myślisz, dlatego o nic nie pytasz. - prychnął.

-   Malfoy, mówisz, jakbyś nie widział gorszych rzeczy... - szepnęła zbijając go z tropu. - Byłeś, kim byłeś. Nie mów mi, że na twoich oczach nie działy się straszne, mrożące krew w żyłach rzeczy.

-   Uważasz, że kim byłem, co? - zmrużył oczy, odsuwając się od niej. - No tak, mordercą, prawda Granger? - powiedział lodowato.

-   Tego nie powiedziałam. Nigdy nie uważałam cię za mordercę, czy zdrajcę, Malfoy, ale żyłeś wśród Śmierciożerców i Voldemorta. - szepnęła hardo. - To, co my widzieliśmy z daleka, musiało być niczym w porównaniu do zła, które otaczało cię na co dzień. Fakt, nie widziałam w tobie dobrego człowieka, pamiętam, jak traktowałeś mnie w szkole, a wtedy nie byłeś wśród wyznawców Czarnego Pana, więc moja niechęć do ciebie wynika z tego, że jako dzieciak byłeś dupkiem.


    Patrzył na nią zaskoczony. Nigdy nie uważałam cię za mordercę, czy zdrajcę. Zacisnął mocniej szczękę, zaskoczony jej słowami, oraz faktem, iż w ogóle interesuje go, co myśli o nim ta mało atrakcyjna, irytująca, chorobliwa i wątła dziewczyna. Zezłoszczony odwrócił się od niej, przekraczając mosiężną bramę. Potrzeba jak najszybszego ukończenia misji okazała się priorytetem. Nie chciał już przebywać w otoczeniu cholernej Gryfonki, która jak nikt inny, wytrącała go z równowagi. Kiedy tylko znaleźli się w kolejnym korytarzu uderzył w nich podmuch ciepłego powietrza, jakby przeszli przez niewidzialną ścianę. Spojrzeli po sobie, jednak nie zauważyli żadnych zmian ani uszkodzeń.


    Szli jednym krokiem, trawiąc niedawną wymianę zdań. Dla Granger wypowiedzenie swojego zdania na temat blondyna było, jak obnażenie się przed nim. Nigdy nie uznawałam cię za mordercę, pamiętała kłótnie z Ronaldem o to, który sam chciał odnaleźć ucznia Domu Węża i zaciągnąć go do Azkabanu. Zatrzymali się, gdyż przed nimi rozciągał się wielki krater, przepełniony różnymi maszynami, służącymi do wydobywania węgla. W oddali, w wielkich piecach tlił się ogień. Niezliczone kombinacje kamiennych schodów, oraz tuzin krępych Krasnoludów mieszały się między sobą. Wszyscy wyglądali na zapracowanych, w długich brodach i skórzanych odzieniach wydobywali kruszce, sterowali maszynerią oraz przenosili taczki z węglem. Dotarł do nich ich śpiew, który bardziej przypominał hymn o cierpieniu i żalu, niż znany Hermionie z książek, radosny gwar. Malfoy skinął głową, wskazując ukryte przejście. Dziewczyna kiwnęła, potwierdzając, iż rozumie. Nie wydając żadnych dźwięków przemieszczali się dalej, nie wiedząc tak naprawdę, co mają zrobić.

Mijali kolejny zakręt, chowając się za skałą, kiedy poczuli, iż ktoś ich obserwuje.

-   Długo macie zamiar się skradać?


    Obrócili się natychmiast. Przed nimi stała młoda kobieta, odziana w skórzane spodnie i lnianą koszulę, wiązaną pod szyją. Na jej ramieniu wisiał łuk, w dłoni natomiast dzierżyła miecz z piękną klingą, do pasa miała przymocowany kołczan pełen strzał. Zdecydowanie, była to najpiękniejsza osoba, jaką kiedykolwiek widzieli. Długie, lśniące kruczoczarne włosy związała w warkocz, blade lico było wręcz nieskazitelne. Czerwone usta w swej barwie przypominały krew a niebieskie, jak niebo oczy, emanowały inteligencją. Nawet ktoś tak nieczuły na piękno, jak Malfoy, musiał przyznać, iż uroda kobiety go urzekła.

-   Śnieżka, prawda? - odezwała się Hermiona, widząc, iż jej towarzysz zaniemówił.

-   Kto pyta?

-   Przysłał nas Stefan Salvatore. Możemy wam pomóc. - odpowiedziała.

-   Stefan? - szepnęła Śnieżka, opuszczając broń. - W jaki sposób? Dlaczego nie przybył sam?

-   Nie wiem, dlaczego. - odparła szatynka. - Jeszcze niedawno w naszym świecie toczyła się wojna. Zapewne starał się chronić dostęp do waszego świata. W efekcie tego, co działo się w naszym, tutaj zapanował mrok. Szukaliśmy ciebie.

-   Mnie? W jakim celu? - królewna odsunęła się od przybyłych.

-   Podobno możesz coś z tym zrobić. - rzucił Malfoy, skupiając na sobie uwagę pięknej kobiety. Przez chwilę lustrowała jego osobę, a na jej policzkach pojawił się delikatny rumieniec.

-   Nie widzę powiązania. Jedyne, co mogliśmy zrobić, to ukryć się. - westchnęła. - Kim jesteście?

-   Hermiona Granger, Draco Malfoy. Jesteśmy czarodziejami z Hogwartu, szkoły magii i czarodziejstwa - odpowiedziała dziewczyna.

-   Nasz świat wystarczająco wycierpiał przez magię. - warknęła królewna. - Nie rozumiem, dlaczego Stefan was przysłał, ale wątpię, żebyście mogli nam pomóc. Zawróćcie i pozostawcie nas w spokoju.

-   Musimy spróbować. Podobno jesteś wojowniczką, powiedz nam, co się stało? Z tego, co wiem, to powinnaś pokonać Złą Królową i zostać prawowitą władczynią swojego kraju.


    Śnieżka prześwietlała uważnym spojrzeniem przybyłych, zastanawiając się, jaki ruch wykonać.
Nie musiała obawiać się ich siły, po przekroczeniu bramy stracili magiczne zdolności. Dzięki temu Podziemie było bezpieczną kryjówką. Sam jednak fakt, iż chcieli namówić ją do walki, budził w kobiecie niepokój. Westchnęła mocno i ruchem ręki nakazała, aby szli za nią. Zrobili to, wiedząc, iż czeka ich długa rozmowa z królewną.


    Liczne świece, oraz wielki kominek pośrodku sali nadawały pomieszczeniu niezapomniany klimat. Kamienną podłogę otulały stare gobeliny, przedstawiające trawy i kwiaty. Na ścianach wisiały obrazy nieba i lasu. Po lewej stronie stał ogromny, dębowy stół usłany księgami i pergaminami. Po prawej biblioteczka, oraz prawdziwa, krasnoludowa broń – potężne topory, zdobione miecze, wyszczerbione młoty oraz ostre kolczugi. Z sufitu zwisał mosiężny żyrandol oświetlający salę. 
Hermiona przyglądając się wystrojowi zrozumiała, iż Śnieżka tęskni za życiem na powierzchni, oraz zna się na walce. Odbiegało to od obrazu królewny, który znała z baśni.
Od wielu lat musiała ukrywać się w podziemiach, aby przetrwać. Jej uwagę przykuł przedmiot, którego obecności się nie spodziewała.

-   Skąd go masz? - zwróciła się do kobiety, podchodząc do pięknego kolta.

-   Dostałam go kiedyś. Nie umiem z niego korzystać. - odpowiedziała siadając przy dębowym stole.

-   Kto ci go dał? - ciągnęła dalej szatynka.

-   Skąd te pytania? Co to takiego, że tak bardzo cię interesuje?

-   Widziałam go kiedyś w naszym świecie. - skłamała Hermiona. Nie była pewna, czy Śnieżka naprawdę nie posiada wiedzy o niezwykłym kolcie. - Ludzka broń, mało przydatna w waszym wymiarze.

-   Możesz go wziąć, wasz wymiar przysparza nam jedynie problemów. - rzuciła królewna.

-   Wróćmy do tematu. - wtrącił Malfoy, opierając się o pobliską ścianę.


    Hermiona podniosła piękną broń. Tak naprawdę, doskonale wiedziała, czym jest. Kolt został stworzony prawie dwieście lat temu w mugolskim świecie. Jego naboje potrafiły zabić wszystko, gdyby Harry posiadał go podczas wojny, wystarczyłby jeden strzał i Voldemort byłby martwy. 
Nie było bardziej niebezpiecznej broni, opierał się nawet najsilniejszej magii. Delikatnie otworzyła magazynek, w środku były tylko dwa naboje, bez nich był bezużyteczny. Zabezpieczyła broń i próbowała schować do magicznej sakiewki, ta jednak, nie chciała się powiększyć.

-   Magia tu nie działa, prawda? - spytała Gryfonka, wciskając broń za pas spodni.

-   Nie. Po przekroczeniu bramy każda magiczna istota zostaje jej pozbawiona. Zapewnia nam to bezpieczeństwo przed Złą Królową i jej sługami.

-   Stąd elfickie symbole. - tym razem szatynka spojrzała na swojego towarzysza, który wpatrywał się w piękną Śnieżkę. Westchnęła w duchu, od początku zauważyła, iż uroda Śnieżki zrobiła na nim wrażenie.

-   Wracajmy do tematu. - ponaglił Draco. - Powiedz nam wszystko.

-   To będzie długa historia... - zaczęła królewna. - Kiedy byłam dzieckiem, moja matka zmarła na suchoty. Nie pamiętam jej dokładnie, ale podobno była najwspanialszą królową, jaką znał świat. 
Mój ojciec zatracił się w wojnach na dalekim wschodzie, ja natomiast pobierałam nauki u najznamienitszych wojowników, rycerzy i sztukmistrzów. Kiedy miałam szesnaście wiosen, ojciec wrócił do królestwa. Nie przybył jednak sam, u jego boku zawitała Regina. Młoda, niezwykle piękna i z pozoru dobrotliwa dama. Mój ojciec nie widział poza nią świata, radość, którą niegdyś zagubił powróciła do niego. Przez pierwsze lata Regina oswajała się z zamkiem, zjednywała sobie lud, oraz udawała wspaniałą matkę zastępczą. W końcu mój ojciec zamknął wszystkie ważne sprawy i pojął ją za żonę...w noc poślubną Regina sprowadziła mroczne cienie, trolli, wiedźmy i upiory. Ojciec został zamordowany we własnym łożu, każdy, kto był mu wierny, umarł w męczarniach. Wraz z moim przyjacielem, synem kowala, Ethanem – uciekłam do lasu. Wiedzieliśmy, że gdzieś w odległej wiosce ukryty jest portal prowadzący do strażnika wymiarów. Był naszą jedyną nadzieją. Po długiej podróży w końcu tam dotarliśmy. Tak poznałam Stefana, już na nas czekał...stwierdził, że muszę odnaleźć sprzymierzeńców w Dolinie Krasnoludów, że wraz z nimi odbiję zamek a nasza kraina na nowo odżyje i zapanuje wieczny pokój. Niestety, kiedy dotarłam do Doliny, mieszkańcy uciekali w popłochu przed smokami i Mrocznymi. Mroczni, to słudzy Reginy, bezlitośni, rządni krwi. Mój przyjaciel, Ethan...oddał życie walcząc z nimi. Obiecałam, że go pomszczę, ale bez armii nie miałam szans. Wraz z garstką ocalałych ukryliśmy się tutaj. Co jakiś czas dochodzą do nas informację o tym, że Regina podbiła kolejne królestwa. Podobno nie przypomina już dawnej siebie, niektórzy twierdzą, iż czarna magia, którą się posługuje, odebrała jej resztki człowieczeństwa.


    Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Młodzi czarodzieje trawili informacje, zdając sobie sprawę, iż nie dostali jakiejś błahej misji. Wrzucono ich w ogień kolejnej wojny, tym razem z przeciwnikiem, o którym prawie nic nie wiedzieli, bez większego wsparcia oraz dużych szans na wygraną.


-   Śnieżko. - zaczęła Granger. - Chowając się tutaj, nigdy nie pokonasz Złej Królowej. W naszym świecie jesteś główną bohaterką baśni o tobie. Stefan miał rację, powinnaś pokonać Reginę. Problem w tym, że bardzo silna i zła magia przedostała się do was z naszego świata. Dlatego tu jesteśmy. Ja znam prawie każde istniejące zaklęcie, do tego umiem walczyć z Nadprzyrodzonymi, jeżeli podasz mi więcej informacji o tych Mrocznych, to może uda mi się znaleźć na nich sposób. Co do zmór i duchów, zrobię broń, która na nie działa. Malfoy natomiast, jest jednym z najznakomitszych młodych wojowników naszego świata, biada temu, kto stanie na jego drodze. Mamy też sprzymierzeńców, którzy właśnie strzegą wejścia do podziemia. Musimy poznać wroga i znaleźć sposób na pokonanie go.


    Blondyn, słysząc wzmiankę o sobie, wbił wzrok w dziewczynę. Nigdy nie sądził, że ma o nim aż tak dobre zdanie. Po raz kolejny uderzył go fakt, iż jej opinia robi na nim wrażenie. Pokręcił lekko głową, odganiając dziwne myśli. Cel był nadal ten sam. Pokonać wroga, zakończyć misję i wrócić do swojego ponurego życia, przepełnionego whisky, samotnością i spuścizną po zmarłym ojcu.

-   Hermiono, Draconie. - Śnieżka zwróciła się do przybyłych. - Zaznacie u mnie schronienia, ale nie liczcie, że stanę do walki. Próbowałam, przez co nasze zastępy znacznie zmalały. Nie narażę moich druhów na niebezpieczeństwo. Zostało nas niewielu, tu jesteśmy bezpieczni. Może dla was nie jest to godne i piękne życie, ale zawsze lepsze to, niż tortury i śmierć. Uwierzcie mi, moje słowa są poparte latami prób i porażek. Bajażu!


W drzwiach pojawił się młody krasnolud, z ledwo widoczną bródką.

-   Zaprowadź naszych gości do wolnego pokoju. Dzisiaj zostaną tutaj, jutro z rana zaprowadź ich na śniadanie do naszej jadalni. Zadbaj, aby dobrze odpoczęli po podróży.

-   Oczywiście, królewno. - krasnolud ukłonił się nisko, po czym wyszedł z pomieszczenia.

-   Odpocznijcie, jesteście bezpieczni. - dodała zatapiając swoje spojrzenie w płomieniach tańczących w kominku. - Nie wiem, dlaczego Stefan liczył, że coś wskóracie, ale przeliczył się. Nie chcę już poruszać tego tematu.


    Młodzi czarodzieje udali się za niskim stworzeniem, mijając co jakiś czas zmęczonych mieszkańców Podziemia. Najwyraźniej nawet Krasnoludy nie wytrzymywały ciągłego życia w ukryciu. Hermiona z uwagą przyglądała się każdemu elementowi wystroju, oraz ubiorom druhów Śnieżki. Bajaż, który prowadził ich do kwatery, był zdecydowanie najniższy ze wszystkich. Odziany w oliwkowo zielony strój oraz czarny pas dumnie dzierżył topór. Na okrągłej głowie widniał czarny hełm, podobny do tych, które nosiła reszta. Ogromna twarz, grudkowy nos, smętne spojrzenie dzikich oczu. Przy pasie wisiał mu bukłak, zapewne z wodą, lub trunkiem. Wysokie buty jeszcze bardziej skracały grube nogi Krasnoluda. Korytarz oświetlały usadowione na prowizorycznych ścianach pochodnie, w oddali było słychać gwar pracy oraz znaną im już pieśń. Wokół unosił się zapach węgla i ziemi. Hermiona poprawiła swoje wieczne okulary, czując, iż ciężkie powietrze podziemia nie wpływa na nią za dobrze. Z trudem napełniała płuca, chcąc jedynie usiąść i odpocząć. Malfoy obserwował ją ukradkiem, karcąc się w myślach, iż przejmuje się jej stanem.

-   Jesteśmy. - zacharczał Bajaż. - Magietka przygotowała wam kąpiel, macie tylko jedną, bo z ciepłą wodą u nas ciężko. Łóżko też jedno, nie miewamy tu gości. Magietka zaraz wróci z jedzeniem i piciem. Rano po was przyjdę.

    Powiedział oschle, po czym zniknął za zakrętem. Draco i Hermiona weszli do środka. Pokój, czy raczej kwatera, był malutki. Jedno łóżko, jeden stary fotel, jedna pochodnia oświetlająca wszystko, oraz schowane za materiałem przejście do prowizorycznej łazienki, w której stała wanna i skrawki materiału, zapewne służące za ręczniki. Jedynym źródłem ciepła był mały, okrągły piecyk z metalu, na lichych nóżkach z którego wystawała rura chowająca się w suficie. Nie zwracając uwagi na mężczyznę, Gryfonka natychmiast udała się do łazienki.

-   Daj mi chwilę. - rzuciła jedynie i zasunęła kotarę.


    Malfoy usiadł na fotelu przy piecyku i schował twarz w dłonie. Dał się wkopać, tyle w tym temacie. Drops musiał zdawać sobie sprawę z tego, co dzieje się w tym wymiarze. Skoro już chciał wojować, to mógł wysłać aurorów, albo Wielką Trójcę. Kogoś, kto podobnie jak Granger, bez słowa wykona każde jego polecenie i stanie do walki. Młody arystokrata czuł, iż w pewien sposób powiela życie Snape'a. Również zobowiązał się wobec dyrektora Hogwartu i stracił wolną wolę.
Rozmyślania przerwało mu pukanie do drzwi, podszedł, aby otworzyć. W wejściu stała mała Krasnoludka z rudymi warkoczami i ogromnym nosem. W dłoniach trzymała wielką tacę z mięsem, gumiastym chlebem, oraz wodą w żeliwnym dzbanie.

-   Posiłek. - pisnęła zauroczona urodą Draco.

-   Nie posiadacie może jakiegoś trunku? - zapytał. Magietka zarumieniła się płomiennie.

-   Nie jestem pewna, czy mogę go podać. - szepnęła. Malfoy uśmiechnął się przebiegle.

-   Będę ci ogromnie wdzięczny, Magietko. - odparł, posyłając Krasnoludce najpiękniejszy ze swoich uśmiechów.

-   Mamy nalewkę. - pisnęła.

-   Poproszę, Magietko.


   Blondyn bez słowa zabrał tacę i zamknął za sobą drzwi, uciekając od śliniącej się na jego widok Magietki, która o mało nie zemdlała, widząc jego przystojną twarz.

-    Łazienka wolna. - usłyszał za sobą.

    Granger stała przed nim w samej koszulce i krótkich spodenkach. Mokre włosy spadały jej kaskadami na ramiona, umyta twarz nie wyglądała już tak blado i upiornie. Jedynie zamglone oczy psuły cały urok.

-   Mamy posiłek. - wydusił, kładąc tacę na łóżku.


    Zjedli w ciszy, nie zwracając uwagi na kulturę. Byli głodni, zmęczeni i zmuszeni do przebywania w trudnych warunkach. Do tego nie mogli liczyć na schowane w magicznych saszetkach smakołyki, kawę i broń. Gorąca woda okazała się naparem z igieł sosny. Kiedy na tacy nie pozostał żaden okruszek Malfoy bez słowa zniknął za kotarą. Hermiona czekała, aż rzuci coś w stylu, woda po mugolaczce, ale nie odezwał się ani słowem. Odłożyła tacę w kąt i z herbatą w glinianym kubku usiadła w fotelu. Przerzuciła włosy na stronę, z której ogrzewał ją piecyk i utonęła we własnych rozmyślaniach. Była zmęczona, pozbawiona magii, oraz nastawiona na walkę u boku Malfoy'a, jeżeli Śnieżka nie będzie chciała do nich dołączyć. Do tego w złożonych obok rzeczach leżał niezwykły kolt, który mógł być ich zbawieniem. Wystarczy jeden celny strzał i Regina zostanie pokonana. Pytanie tylko, czy to powstrzyma również zaginioną cząstkę Voldemorta? Czy ma ona jakieś powiązanie ze Złą Królową? Może nią jest? Za mało informacji. Westchnęła mocno odchylając głowę o oparcie fotela. W tej samej chwili Malfoy wyszedł z prowizorycznej łazienki, ubrany jedynie w bokserki. Już miał coś powiedzieć, ale ponownie ktoś zapukał do drzwi. Mężczyzna podszedł do nich i otworzył zawstydzonej Magietce. Ta, widząc go w negliżu o mało nie zemdlała.

-   Nalewka jagodowa. - pisnęła, wciskając butlę blondynowi, po czym uciekła na miękkich nogach.

-   Lubisz korzystać ze swojej urody, prawda? - prychnęła dziewczyna uśmiechając się kpiąco do blondyna.

-   Zazdrosna, że posiadam coś, czego ty nie masz? - rzucił kąśliwie, siadając na łóżku.

-   Nalewki i niespełnionych marzeń? Niekoniecznie. - odpyskowała przeczesując włosy.

    
    Głowa bolała ją coraz bardziej, ale z racji na brak magii, wszystkie leki leżały uwięzione w sakiewce, której nie mogła powiększyć. Przymknęła oczy skupiając się na własnym oddechu.


-   Granger, powinnaś częściej pić. Przynajmniej nie spinałabyś się tak o byle co. - mruknął otwierając butelkę. Upił łyk i choć bardzo się starał, to nie mógł ukryć grymasu.

-   To wyzwanie?

-   A przyjmujesz? - rzucił podając dziewczynie butelkę. Patrzyła na nią chwilę, po czym odstawiła kubek i wzięła nalewkę.

-   Tylko z przyczyn humanitarnych. - odparła upijając łyk.

-   Humanitarnych, powiadasz? - szepnął sam do siebie.


    Nalewka, jak to nalewka. Potrafiła upić każdego, bez względu na odporność na alkohol. Tak też stało się z ową dwójką, która po ukończeniu jednej butelki nagle natrafiła na drugą, kiedy Magietka przyszła odebrać tacę a nadal roznegliżowany Malfoy uśmiechnął się do niej uwodzicielsko.


-   Wiesz, że ona może mieć kłopoty, jak dalej będzie opróżniać dla nas zapasy? - bąknęła Hermiona, leżąc na łóżku.

-   Tchórzliwa królewna kazała nam się rozgościć, chyba nie myślała, że jakaś woda z igieł wystarczy. - odparł siedząc na podłodze. Głowę odchylił na łóżku przymykając powieki.

-   Zadziwia mnie ten świat. - westchnęła szatynka, oddając butelkę mężczyźnie.

-   Chyba irytuje, same bojaźliwe twarze.

-   Nie, zadziwia. - uparła się. Po chwili leżała z głową przy twarzy Ślizgona. - Wiesz, dzieci, które dojrzewają za szybko zawsze są samotne. Dla mnie baśnie były jak lekarstwo na wszystko. Niby żyjemy w świecie magii, ale nigdy nie myślałam, że Śnieżka, czy Czerwony Kapturek mogą istnieć naprawdę. Do tego w książkach Śnieżkę uratował pocałunek księcia, tutaj nie wiemy, co się stanie. Skoro cząstka Voldemorta zmieniła bieg wydarzeń, to tak jakby...zmieniła część mojego dzieciństwa. Przeszłość powinna być zamknięta i niezmienna, inaczej zaburza nam podstawy postrzegania świata.


    Draco spojrzał na dziewczynę, zastanawiając się, od kiedy słuchanie jej wywodów zaczęło go interesować. Z jednej strony, rozumiał ją. Sam w dzieciństwie tonął w książkach, jednak dla niego tamten etap był zamazany, jakby późniejsze wydarzenia wyparły całe dobro, którego uczył go Severus. Z drugiej – nie była nim. Nie miała na sobie piętna Malfoy'ów. Jedyne, czego mogła się wstydzić, to blizna na nadgarstku, świadcząca, iż trafiła w ręce jego ciotki. Krwiste szlama nadal szpeciło jej skórę. To tyle, dalej była bohaterką, która pomogła uratować świat przed Voldemortem i jego sługami.

-   O czym myślisz? - szepnęła, spoglądając na niego sennie.

-   O tobie. - wypalił, nim pomyślał. Zaśmiała się cicho.

-   Ostatnio to ja powiedziałam coś takiego tobie. - strzeliła.

-   Yhym...co oznacza, że trzeba iść spać. - westchnął.

-   Dobranoc. - mruknęła zamykając oczy.

    Przyglądał jej się przez chwilę, zaskoczony, iż nie ciągnęła go za język, tylko odpuściła. Pokręcił delikatnie głową, czując przemożną senność. Już przymykał powieki, kiedy coś pacnęło go w ramię.

-   Nie będziesz spać na podłodze. - usłyszał, po czym dziewczyna przycisnęła się do ściany robiąc mu miejsce obok. - Jutro możemy udawać, że to nie miało miejsca. - dodała zasypiając na dobre.


    Było mu tak dobrze, jakby znowu miał pięć lat i nie przejmował się niczym. Świat kręcił się wokół jego kota, książek i opieki Severusa, który pod nieobecność państwa Malfoy, pozwalał chłopakowi bawić się, śmiać i cieszyć życiem. Niczego tak bardzo nie pragnął, jak pozostania w tym błogim stanie.

   Dawno nie przespała całej nocy bez koszmarów. Nie było w jej snach Bellatrix, nie było martwego oblicza rodziny i przyjaciół. Tylko ona, jej kot i książki. W oddali bawił się Harry z Ronem, słońce delikatnie ogrzewało jej ciało a cały świat zdawał się otaczać ją ciepłem.


    Powoli otworzył oczy, marząc, aby nadal trwać w błogim stanie. Jak przez mgłę ujrzał burzę loków. Czuł zapach drugiego człowieka, który o dziwo mu się podobał. Przymknął ponownie powieki przytulając się mocniej do ciepłego ciała Hermiony...Kiedy tylko zdał sobie sprawę z tego co robi, natychmiast odsunął się od śpiącej wciąż dziewczyny. Ta nadal pozostawała w błogim stanie, co więcej, nieświadomie odwróciła się w jego kierunku i przylgnęła do jego klatki. Patrzył na nią, niezdolny do żadnego ruchu. On - Draco Lucjusz Malfoy, rozbrojony przez kobietę...


    Jadalnia Krasnoludów była jedną z wielu grot, w których dominowały skały, metal i piach.
Na środku rozstawiono kilka drewnianych stołów oraz ław. Wokół otaczały ich znienawidzone przez Hermionę pochodnie, których światło wprowadzało swojego rodzaju obojętność. Większość Krasnoludów nie zwracała na nich uwagi, tylko nieliczni spoglądali na nich ukradkiem.
Malfoy zajął miejsce obok Śnieżki, w milczeniu spożywając posiłek. Gwar rozmów wydawał się ponury, jakby szczęście już dawno opuściło Podziemie zastąpione przez prowizoryczne przyzwyczajenie. Do tego, kiedy młoda Gryfonka obudziła się rano w ich łóżku, Malfoy'a już nie było. Nie wiedziała, dlaczego jej unika, ale najwyraźniej potrzeba szybkiego ukończenia misji stała się dla niego priorytetem, gdyż po ukończonym śniadaniu natychmiast zaczął rozmowę z królewną.

-   Jeżeli nie jesteś zainteresowana walką, to sami zajmiemy się przeciwnikiem. - odparł chłodno.

-   Nie poradzicie sobie sami. - rzekła, przyglądając się Ślizgonowi. Dawno nie widziała człowieka, żyjąc wśród swoich druhów. Do tego aparycja blondyna robiła wrażenie.

-   Nie mamy wyjścia. Nie potrzebuję tchórzy.

-   Nie jesteśmy tchórzami – zaperzyła się – Po prostu wiemy, że nie mamy żadnych szans. To różnica.

-   Popatrz na nich wszystkich. - mówiąc to, wbił w królewnę swoje stalowe spojrzenie. - Cienie, pozbawione życia.


    Śnieżka rozejrzała się wokół, doskonale wiedziała, iż jej sprzymierzeńcy z dnia na dzień tracili w sobie radość i nadzieję, ale obawa przed ich śmiercią trzymała ją w kryjówce.

-   Śnieżko. - zaczęła Hermiona. - Rozumiem, że boisz się straty bliskich, ale zapewne wiele istot cierpi teraz przez władzę Reginy. Jeżeli udałoby nam się znaleźć więcej sprzymierzeńców do walki, to mamy szansę ją pokonać. Znasz ten świat lepiej od nas, czy jest ktoś, do kogo możesz zwrócić się o pomoc?

-   Nie wiem...może lud Elfów żyjących w odległym królestwie, podobno pomogły kiedyś mojemu ojcu. No i Dobre Wróżki, ale od dawna o nich nie słyszałam. Władza Reginy na pewno do nich dotarła. Jeden z moich nauczycieli opowiadał mi kiedyś o walecznych ludziach, zamieszkujących góry Parysa, ale nigdy ich nie spotkałam. Nazywano ich Nocnymi Łowcami, legenda głosi, że są w połowie ludźmi a w połowie aniołami.

-   Musimy się rozdzielić i przekonać wszystkich do współpracy. - wtrącił Draco. - Ale to oznacza, że ty również wyruszasz z nami. - dodał, patrząc na królewnę. - Snape i Black mogą udać się do Wróżek, im i tak nic już nie można zrobić. Granger zna język Elfów, udam się z nią do nich, Ty przedostań się do Nocnych Łowców, jeżeli istnieją, to prędzej posłuchają prawowitej władczyni krainy, niż nas.


     Hermiona zgodziła się na plan, ciesząc się, iż w końcu może wyjść z podziemia. Królewna natomiast biła się z myślami, wyprawa mogła skończyć się katastrofą. Do tego już dawno odrzuciła nadzieję na walkę aż tu nagle, dosłownie znikąd, zjawiła się owa dwójka, dla której najwyraźniej nie istniał strach przed ewentualną śmiercią.


-   Myślę, Śnieżko, że najwyższy czas, abyśmy wyszli z ukrycia. - obok nich wyrósł stary Krasnolud. Wyglądał na bardzo wiekowego, z długą, siwą brodą i zamglonym od jaskry spojrzeniem. Zmęczone ciało opierał na pięknej, rzeźbionej lasce. Obok niego stał drugi Krasnolud, trzymając opasłą księgę.

-   Mędrku, uważasz, że mamy szansę? - spojrzała na niego.

-   Teraz już tak. - odpowiedział. - Przybyły do nas dwa waleczne serca, które wiedzą, czym jest wojna. Gwiazdy przepowiedziały to jeszcze przed twoimi narodzinami, Śnieżko. Nie można ignorować losu. Nie teraz...



















27 lipca 2017

" Kop, zamiast gadać, blondi. Trzeba spalić zwłoki "

   Hej Wam!
Przepraszam wszystkich, którzy czytają mojego bloga, za tak długi okres oczekiwania. Prawie cały czas siedzę w pracy, do tego dopiero wróciłam z wakacji i za chwilę znowu porwie mnie praca.
Standardowo, pewnie pojawiło się wiele błędów, ale uwierzcie, bardzo starałam się przy tym rozdziale. W następnym wyjaśni się wiele + powinien pojawić się do końca miesiąca. ;) <3




   Śnieg obficie raczył niewielkie uliczki małego miasteczka, czyniąc je ziemią bez życia. W opustoszałych domach wiatr gwizdał straszne melodie, wydmuchując kurz na zimną zamieć. Dziurawe dachy i wybite okna potęgowały uczucie smutku i żalu, jakby pamiętały straszne i niegodziwe rzeczy. Blada poświata księżyca odbijała się od bieli kobierca tworząc srebrzyste iskry, które raz na jakiś czas unosiły się wraz z wiatrem. Nie to jednak wywoływało największe obawy, o nie. To, co mroziło krew w żyłach – to cisza. Niczym niezmącona, głucha cisza, świadcząca o braku jakiegokolwiek życia...a może nie? W jednej z opuszczonych chatek bowiem działo się coś niezwykłego.

   Zaalarmowani dziwnymi dźwiękami dobiegającymi z końca pokoju, natychmiast złapali różdżki, celując nimi w owym kierunku. Pomimo, iż wcześniej unikali stosowania magii, to nadal znajdowali się w odludnym miejscu, o którym nic nie wiedzieli. Merlin jeden raczył wiedzieć, jakie kreatury mogły go zamieszkiwać. Kurz pokrywający całą podłogę uniósł się, czyniąc dziwny taniec, jakby formował się od początku i zmieniał formę. Następnie pomieszczenie rozjaśniało, niczym rozbłysk gwiazdy. Młodzi czarodzieje zakryli oczy ramionami nie będąc w stanie patrzeć na owe zjawisko. Poczuli ciepło, następnie zapanowała znana im już ciemność...

-  Nie mogę ci nic obiecać. - odparł mężczyzna, opierając się o drewnianą ławę.
-  Jak to nie możesz? Po tym wszystkim?! - warknęła zła. - Nawet nie wiesz, ile zrobiłam dla was wszystkich.
-  Wiem i doceniam to, ale mam swoje rozkazy. Muszę ich przestrzegać. - westchnął.
-  Jasne. - prychnęła. - Cały czas to słyszę. Mam ci przypomnieć, że dzięki mnie nadal żyjesz?
-  Nie musisz, wiem co dla mnie zrobiłaś i powtarzam, że to doceniam. - mruknął mniej przyjaźnie. - Jednak to, o co mnie prosisz...zrozum Hermiono, igranie z życiem i śmiercią nigdy nie przynosi nic dobrego.
-  Dość. Jeżeli nie chcesz mi pomóc, dobrze. Nie waż się jednak mi przeszkadzać. - odparła chłodno wstając.
-  Co chcesz zrobić? - zapytał zaskoczony.
-  To już nie twoje zmartwienie, Castielu. - powiedziała wychodząc z jadalni Zakonu Feniksa.

   Było jej ciepło i wygodnie. Wiedziała, iż śpi, jednak od dawna nie miała tak spokojnej nocy, przez co ostatnim, o czym marzyła była pobudka. Nie chcąc tracić tej niezwykłej chwili przytuliła się mocniej do poduszki, która ogrzewała ją, niczym słońce. Mruknęła sama do siebie wyobrażając sobie słoneczne promienie oplatające jej ciało. Niezmącona cisza, wręcz kusiła do ponownego zagłębienia się w sen, co z ochotą zrobiła. Wciągnęła głęboko powietrze, czując jak jej myśli znów odpływają a ciało ponownie się rozluźnia. Do tego rytmiczny oddech w jej włosach wybijał idealny rytm...oddech? Podniosła się jak poparzona rozglądając wokół. Pomimo mroku oczy zapiekły ją od szybkiej pobudki. Przypomnienie sobie, gdzie jest, zajęło jej dosłownie sekundę.

-  W końcu. - usłyszała. Spojrzała w kierunku drzwi, gdzie z wielką księgą siedział jej towarzysz niedoli.
-  Co? - mruknęła zdezorientowana.
-  Długo spałaś. - rzucił niezadowolony. - Osobiście chciałem cię obudzić, ale znaj moją łaskę.
-  Malfoy, co się stało? Dlaczego ja...
-  Zaraz sama się przekonasz. - przerwał dziewczynie, odkładając gruby tom. - Ogarnij się i zejdź do kuchni. - dodał wstając. Po chwili już go nie było a ona została sama, dalej czując wspomnienie oddechu na swoim ciele, którego pochodzenia nie znała.

    Kuchnia, tudzież to, co z niej zostało, wypełniła się zapachem kawy, co Gryfonka przyjęła ze zdziwieniem. Dalej miała mętlik w głowie, ale obiecała sobie, iż doprowadzi się do ładu i składu, nie dając już Malfoy'owi powodów do drwienia z niej. Zeszła po schodach rozglądając się wokół. Z zaskoczeniem zauważyła, iż poza blondynem w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze dwie osoby. Wszyscy odwrócili się w jej kierunku, kiedy tylko stanęła przy framudze. To, co ujrzała, zaparło jej dech w piersiach.

-   Panna Granger. - mruknął czarnooki mężczyzna.
-   Profesor Snape? - szepnęła zaskoczona, po czym spojrzała na drugą osobę. - Syriusz?
-   Witaj Hermiono. - uśmiechnął się do niej ciepło. - Dobrze widzieć cię całą.
-   Co...jak? - skupiła swoją uwagę na Draconie, doszukując się podstępu. Zmarli nie wracają tak o zza grobu, dobrze o tym wiedziała.
-   Przewodnicy. - odparł zdawkowo. W jego spojrzeniu dostrzegła coś dziwnego, jakby ostrzeżenie.
-   W jaki sposób? - spytała tym razem skupiając się na nowych twarzach.
-   Ciężko to określić... - zaczął Syriusz, jednak jego wypowiedź natychmiast uciął drugi mężczyzna.
-   Panno Granger, czy aby na pewno zachowała pani rozwinięty umysł? Zawsze w niego wątpiłem, ale teraz jestem prawie pewien, że pani poziom inteligencji to jedynie plotki. Wracając do pytania, jesteśmy tu przez was. - powiedział złośliwie. Dziewczyna słysząc ten dobrze jej znany sarkazm i ironię miała już sto procent pewności, iż przed nią stoi prawdziwy Nietoperz.
-   Na jakiej zasadzie? - ciągnęła dalej.
-   Nie wiem, jak Black, ale mnie ściągnęła więź z Draco. - odpowiedział. - Jesteśmy rodziną, krew to krew.
-   Severusie, niby taki bystry a nie wiesz, że nie tylko więzy krwi mają znaczenie w świecie magii. - zaśmiał się Syriusz kręcąc głową. - Hermiona, Harry i Ron byli dla mnie jak prawdziwa rodzina. Dlatego tu jestem. Wiemy o waszym zadaniu i postaramy się pomóc.
-   Jak niby macie to zrobić? - spytał blondyn spokojnie. - Nie powiecie mi, że czytaliście sobie bajki na dobranoc.
-   Jesteśmy duchami. - mruknął Snape. - Duchom łatwiej jest uzyskać informację i nie rzucać się w oczy.
-   Gdzie w takim wypadku jesteśmy?
-   Kiedyś była to kraina Królewny Śnieżki... - odparł Black ponuro.


    Przemierzali ośnieżone ulice kryjąc się w cieniu budynków. Sam fakt, iż na śniegu pozostawały ślady, których nie byli w stanie cały czas tuszować budził w nich niepokój. Ich Przewodnicy rozmyli się w powietrzu, aby nie utrudniać młodym czarodziejom drogi. Skupieni na własnych rozmyślaniach nie odezwali się do siebie słowem, trawiąc wszystko, czego zdążyli się dowiedzieć od Severusa i Syriusza. Według duchów całą krainę baśni okryła wieczna zima, przez co wielu musiało ukryć się w lasach, uciekając przed złem, jakie niosła za sobą rozwinięta cząstka Voldemorta. Jak wygląda owa cząstka – nie wiedzieli, bliski kontakt z nią mógł odesłać ich do krainy dusz. Pewnym było jedno, uratowanie świata baśni mogło okazać się trudniejsze, niż na początku się wydawało. Zgodnie z zaleceniami Przewodników, wyruszyli w kierunku Mrocznego Lasu, w którym Severus widział wcześniej ślady krasnoludów. Zgodnie z baśnią, tam gdzie krasnoludy, tam też sama Śnieżka. Kiedy w końcu wydostali się z umarłej doliny, dziewczyna obróciła się za siebie, omiatając wszystko wzrokiem. W swoim krótkim życiu widziała wiele, jednak obraz świata, który w dzieciństwie był dla niej ucieczką od rzeczywistości, zniszczonego i opuszczonego – bolał. Zagryzła policzki i ruszyła w dalszą drogę, zbijając wzrok w plecy swojego towarzysza, który nawet nie zwracał uwagi na jej osobę.

-   Co zrobimy, kiedy ich znajdziemy? - szepnęła wyrównując swój krok z młodym mężczyzną.
-   Wyciągniemy informacje. - odparł surowo. Dostrzegła w jego oczach irytację.

Wbrew pozorom, nawet on wiedział, iż krasnoludy należą do jednej z najbardziej upartych ras na świecie. Czy te bajkowe, czy te prawdziwe – musiały być w tej kwestii takie same.

-   Nie jesteśmy tu po to, żeby z nimi wojować. - zauważyła.
-   Czasami inaczej się nie da.
-   Daj spokój. - westchnęła zatrzymując się na chwilę. - Nie uważasz, że i tak już dużo wycierpieli? Pamiętasz, jak Stefan stwierdził, że minuta naszego czasu, to jak godzina tutaj?
-   Przelicz sobie, ile to dla nich nasz rok. - blondyn zmierzył ją uważnym wzrokiem.
-   Mogli walczyć o swoje. - powiedział chłodno, po czym ruszył dalej.
-   Może walczyli. - szepnęła bardziej do siebie, niż do niego.
-   Bezskutecznie w takim wypadku. - burknął. No tak. Malfoy i jego niezawodny słuch.

    Przez resztę drogi milczeli, skupiając się na podążaniu w odpowiednim kierunku. Hermiona czuła, jak natarczywy ból głowy powraca, licząc, iż chłopak jest zajęty własnymi myślami sięgnęła do sakiewki i wyciągnęła z niej tabletki. Malfoy zauważył to od razu, jednak nie dał po sobie poznać, iż ukradkiem obserwuje jej ruchy. Sama wpakowała ich w ową misję i za każdym razem, kiedy to sobie przypominał, miał ochotę rzucić w nią jakimś nieprzyjemnym zaklęciem. Odnajdując odpowiednią lokację, zatrzymał się w końcu rozglądając wokół.

-   To tutaj. - odparł. - Dolina Krasnoludów.

    Przed nimi rozpościerała się zniszczona i zasypana pyłem przepaść, w której można było dostrzec zgliszcza niskich budynków i wypalone pola. Najwyraźniej wydzielała ciepło, gdyż śnieg topił się w niej tworząc błoto. W oddali widniały zardzewiałe sprzęty służące do wydobywania kruszców z ziemi. Zardzewiałe, połamane i wysokie tworzyły obraz wręcz post apokaliptyczny.

-   Co tu się stało? - szepnęła szatynka.
-   Smoki. - usłyszeli obok siebie głos Syriusza. - Tak bardzo nagrzały grunt, że dalej wydziela ciepło. Lepiej tam nie schodzić.
-   Skoro widzieliście ślady krasnoludów, to gdzieś muszą być. - zauważyła.
-   Severus sprawdza okolicę. - odpowiedział duch lustrując wszystko wzrokiem.
-   Syriuszu... - zwróciła się do mężczyzny. - W czym pomoże nam odnalezienie Śnieżki? To tylko księżniczka, nie wojownik.
-   Zdziwiłabyś się - zaśmiał się cicho. - Bajki nie pokazują wszystkiego, mają przekazywać moralne prawdy dzieciom. Jak myślisz, Hermiono? Czy dla pięciolatki waleczna księżniczka, władająca mieczem i łukiem, to idealny przykład? Śnieżka w prawdziwym świecie...w sensie w tym, to przywódczyni armii. Była szkolona od maleńkości, aby prowadzić własne oddziały i bronić swojego kraju.
 
    Granger poprawiła swoje wieczne okulary, trawiąc nowe informacje. Im dłużej przebywała w tym wymiarze, tym więcej faktów mijało się z wiedzą, którą posiadała. Do tego ponure obrazy otoczenia i posępny charakter jej towarzysza zdecydowanie utrudniały operację.

-   Nic nie znalazłem. - obok nich zjawił się Severus. - Śnieg wszystko zakrył.
-   Świetnie. - mruknął Malfoy, pocierając skroń. - Dobra, rozdzielmy się. Wy i tak nic nie możecie zrobić, jesteście duchami. - mówiąc to, wskazał na Przewodników. - Granger, mówiłaś kiedyś, że umiesz o siebie zadbać, wykaż się. - dodał, nie patrząc w kierunku dziewczyny.
-   Jak chcesz. - odpowiedziała spokojnie.
-   Chcę. - mruknął. - Jeżeli w przeciągu godziny nic nie znajdziesz, wróć tutaj i idź na północ. - dodał, odwracając się do niej tyłem.
-   Uroczy... - prychnął Syriusz, lewitując za Hermioną. Snape natomiast pozostał w miejscu, obserwując odchodzącego blondyna.


    Minął kolejne połacie nagich drzew, skupiając się na poszukiwaniu śladów. Zdecydowanie, praca w pojedynkę była tym, w czym odnajdywał się najlepiej. Nie lubił pozwalać innym na podejmowanie decyzji, nie potrafił też akceptować kompromisów. Obecność duchów, oraz Granger wyprowadzała go z równowagi. Wolał już stawić czoło wrogom sam, niż co chwilę oglądać się na dziewczynę, która w jego oczach – była zwykłym celem, który łatwo trafić. Zatrzymał się na chwilę, czując, iż ktoś go śledzi. Od dłuższego czasu miał takie odczucie. Odłożył plecak na ośnieżoną ziemię i schylił się, niby poprawiając sznurówki w traperach. Tak naprawdę – nasłuchiwał. Nie minęła sekunda, a obserwator pojawił się za nim, chcąc zaatakować. Malfoy obrócił się natychmiast, wyciągając przed siebie różdżkę. Jego oczom ukazał się wysoki na dwa metry stwór, w długiej, czarnej szacie, która powiewała złowrogo na wietrze. Zamiast twarzy z kaptura wystawała mu metalowa maska, z wyrytymi inicjałami oraz dziurami w miejscu, w którym powinny być oczy.

-   Bombardo! - szepnął Draco, chcąc ogłuszyć przeciwnika.

Zaklęcie przeniknęło przez stwora i rozmyło się w otoczeniu. Ślizgon zaklął cicho, odsuwając się od postaci, która powoli zmniejszała dystans między nimi.

-   Crucio! - warknął.


    Po raz kolejny zaklęcie jedynie przemknęło przez czarną szatę przeciwnika. Blondyn odskoczył w bok, licząc, iż potwór ma jakiś słaby punkt, który wystarczy trafić. Kolejno z jego różdżki wydobywały się różnej barwy światła, niosące ze sobą śmiertelne zaklęcia. Stworzenie nagle zaczęło się rozrastać, jakby rozpościerało szaty i próbowało zakleszczyć Malfoy'a w swoim objęciu. Po raz pierwszy od dawna, waleczny młodzieniec nie wiedział, co zrobić. Bez magii pozostaje mu tylko walka wręcz, ale na zjawie nie powinna zrobić większego wrażenia. Sięgnął do sakiewki, licząc, iż zdąży wyjąć z niej miecz, który zdobył wygrywając zakład z jednym olbrzymem z Cann, jednak przeciwnik ruszył na blondyna z zawrotną prędkością, udaremniając mu szansę na obronę. Spod poszarpanego materiału wyłoniły się kościste dłonie, sięgając rozbrojonego chłopaka. Jeszcze chwila, sekunda dosłownie, a Ślizgon poczuje smak śmierci. Tym razem – własnej. Powietrze przyszył huk, Zmora w połaciach szarego dymu rozmyła się, ukazując za sobą młodą Gryfonkę z wyciągniętym pistoletem.

-   Ruszaj się! - krzyknęła do blondyna, biegnąc w jego kierunku.
-   Jak to zrobiłaś?! - wrzasnął, ruszając za nią.
-   Później ci powiem, zaraz pewnie wróci!


    Jak na zawołanie, przeciwnik pojawił się przed nimi. Hermiona była już na to przygotowana i ponownie wycelowała w głowę zjawy, strzelając z głośnym hukiem. Upiór rozmył się w powietrzu. Biegli przed siebie, nie wiedząc tak naprawdę, gdzie mogą się ukryć. Co jakiś czas potwór zaskakiwał ich z coraz to innej pozycji a szatynka liczyła w głowie naboje, licząc, iż uda jej się przeładować magazynek przed kolejnym atakiem.

-   Musimy jakoś ją pokonać! - warknął Malfoy.
-   Zabijesz ją, jedynie przez spalenie zwłok. Sory! Nie wiem, gdzie do cholery są! - wrzasnęła skacząc z wielkiej zaspy i strzelając w wyłaniającą się nad nimi zjawę.
-   Idiotko! Zaklęcie namierzające!

    Dziewczyna nie miała czasu, aby mu odpyskować za obrazę. W ostatniej chwili przeładowała magazynek i prześlizgując się pod wysokim konarem strzeliła w przeciwnika, który wyskoczył na nich zza drzew. W tym czasie jej towarzysz szeptał zaklęcia, których nie znała. Różdżka blondyna zawirowała nad jego głową i pognała na południe. Ruszyli za nią otoczeni jedynie gęstwiną łysych, czarnych drzew oraz odbijającym się od grubego śniegu księżycem. Nie zwracali uwagi na hałas, jaki wydawał pistolet Granger. Za każdym razem, kiedy trafiła w odpowiedni punkt, Malfoy doznawał mieszaniny zazdrości i podziwu. Nie wiedział, skąd dziewczyna nauczyła się tak dobrze strzelać, oraz w jaki sposób działa jej broń, skoro opóźnia ataki zjawy. Liczył się tylko fakt, iż w oddali różdżka migotała czerwonym światłem, wskazując cel, do którego dążyli. Hermiona przeładowała pistolet i strzeliła tuż nad głową blondyna, który zmroził ją wzrokiem.

-   Uważaj, gdzie celujesz – warknął.
-   Kop, zamiast gadać, blondi. Trzeba spalić zwłoki – mruknęła.
-   Jeszcze słowo, a zajmiesz ich miejsce.

    Malfoy znowu porwał różdżkę i zwyczajnie zaczął wysadzać ziemię pod nimi. Kiedy jego towarzyszka o mało nie straciła równowagi z powodu łamiącego się w ich kierunku drzewa, usłyszała zaklęcie zapalające. Odskakując od wielkiego konara poleciała w tył, wpadając na blondyna, który złapał ją, utrzymując w pionie. Zjawa pojawiła się przed nimi, jednak nie przypominała już upiora z koszmarów. Ich oczom ukazała się mała dziewczynka z zapłakanymi oczami. Hermiona przyglądała jej się chwilę, po czym zaczęła szeptać w nieznanym Ślizgonowi języku. Nie minęła sekunda, a duch rozjaśniał białym blaskiem i znikł w przestrzeni.


-   Co to, do cholery, było? - mruknął złowieszczo, mierząc szatynkę ostrym spojrzeniem.
-   Złośliwy duch. - odpowiedziała spokojnie.
-   Co takiego?
-   Złośliwy duch, Malfoy. Istnieje teoria, że jeżeli dusza po śmierci ciała nie przejdzie dalej, to pozostaje zamknięta na ziemi. Nie może za bardzo oddalić się od miejsca pochówku, z czasem zaczyna tracić zmysły i zamienia się w zmorę. Naboje naładowałam solą, zatrzymuje na chwilę duchy i kilka innych Nadprzyrodzonych, ale nic nie daje na dłuższą metę.
-   A później? Mówiłaś w łacinie. - spytał spokojniej.
-   Prosty egzorcyzm odprawiający. W końcu mogła pójść dalej. - szepnęła rozglądając się wokół.
-   Nadprzyrodzeni?
-   Zadajesz za dużo pytań. Nadal nie wiemy, gdzie są krasnoludy. Do tego cały las nas słyszał.
-   Nie wykręcisz się od odpowiedzi. - zapowiedział lodowato.
-   Zainwestuj w książki. - bąknęła wyjmując kompas. - Musimy iść tam. - dodała, wskazując kierunek podróży.

    Cień poruszył się delikatnie, z uwagą przyglądając dwójce młodych czarodziei. Przepowiednia zaczęła się spełniać...







07 kwietnia 2017

Stefan



Witam!
Nowy rozdział nie był w żaden sposób betowany - całkowity brak czasu.Nie mam pojęcia, dlaczego zamiast myślników wskakują mi kropki, poprawię to w wolnej chwili.  Mam jednak nadzieję, iż przypadnie Wam do gustu kochane! <3



   Spoglądał ukradkiem w kierunku ciemnowłosej dziewczyny, która zmęczona wcześniejszym krwotokiem z nosa, spała spokojnie na swoim miejscu. Sam nie wiedział, dlaczego przemienił swój płaszcz w koc a następnie okrył nim towarzyszkę, gdy ta przez sen trzęsła się z zimna. Może i nie był bez serca, ale takie gesty nie leżały w jego naturze. Do tego nadal odczuwał swojego rodzaju rozdrażnienie, przypominając sobie, iż po części przez nią skazano go na misję, w której nie chciał brać udziału. Postać młodej Gryfonki mąciła mu w życiu, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż przy ich charakterach nie będzie łatwo. Z drugiej strony – dziewczyna nie przypominała już Panny – Wiem – To – Wszystko. Nowa osobowość zdecydowanie bardziej przypadła mu do gustu. Kiedy znaleźli się w pociągu, dziewczyna bez słowa zabrała się za przeglądanie notatek, które mogły pomóc w wykonaniu zadania. Nie męczyła go pytaniami, nie wciskała na siłę wiedzy. Z ulgą rozłożył się na wszystkich bliźniaczych siedzeniach i zamknął oczy. Dopiero odgłos zrzucanych na podłogę dokumentów skupił jego uwagę na szatynce. Uchylił jedno oko spoglądając, jak tamuje krwotok z nosa chusteczką, następnie przyjmuje leki i i zirytowana do granic możliwości rozkłada się, w podobny do niego sposób, na siedzeniach. Kiedy zasnęła przestał jedynie na nią spoglądać. Uklęknął przed nią i sprawdził puls, następnie przyjrzał się branym przez dziewczynę tabletkom. Nie znał się na mugolskiej medycynie, więc zapamiętał ich nazwę i zabierając brudną chusteczkę z jej dłoni wrócił na swoje miejsce. Miał w planach uciec do krainy własnych rozmyślań, jednak Hermiona zatrzęsła się z zimna. Ignorował to na tyle długo, na ile potrafił. Zaklął cicho i rozejrzał się po przedziale, wszystkie ich bagaże teleportowano do Londynu. Nie widząc innego wyjścia zdjął swój płaszcz i przypominając sobie podstawy z transmutacji – przemienił go w gruby koc.
W ten oto sposób, sam Draco Malfoy, po raz pierwszy od lat okazał współczucie.

   Stefan Salvatore zdecydowanie nie przypominał sędziwego czarodzieja, jak to wyobrażała go sobie młoda panna Granger. Według jej obliczeń, czarodziej już dawno przekroczył dwieście lat, co nawet u najzdolniejszych magów wywołuje zmarszczki. On jednak – wysoki, silny i przystojny, absolutnie nie wpisywał się do tego schematu. Stojąc przy wyjściu z Dworca Głównego, skupiał na sobie uwagę płci pięknej. Kasztanowe włosy bujnie sterczały mu wokół głowy, zielone jak amazońskie lasy oczy, wręcz kusiły swą barwą. Ostra szczęka, pokryta kilkudniowym zarostem, dodawała mu tylko stylu. Do tego mężczyzna sporo czasu musiał spędzać na siłowni, gdyż jego jedynym konkurentem w kwestiach umięśnienia, był sam Malfoy, którego ciało wyrzeźbiła wojna. Dziewczyna zagryzła policzki, czując jak się rumieni. Obce było to dla niej uczucie, gdyż nigdy nie zwracała uwagi na atrakcyjność otaczających ją chłopców. Ciężko jednak było nie zauważyć niezwykłej, onieśmielającej wręcz – urody tajemniczego czarodzieja.
  • Witajcie. - uśmiechnął się do nich Stefan, wyciągając dłoń na powitanie.
  • Pan Salvatore? - spytała dziewczyna, chociaż odpowiedź była oczywista.
  • Tak. Miło was poznać. Dracon i Hermiona, prawda? - odparł przyglądając się uczniom Hogwartu. - Chodźcie, nie mamy za dużo czasu. - dodał kierując się w stronę taksówek.
  • Muszę jeszcze coś załatwić. Możemy spotkać się na miejscu? - zapytała młoda kobieta poprawiając swoje wieczne okulary. Malfoy spojrzał na nią obojętnie, chociaż w rzeczywistości zastanawiał się, co kombinuje jego towarzyszka.
  • Jasne, trafisz do biblioteki głównej? - odpowiedział Stefan.
  • Tak, wiem gdzie to jest.
  • Dobrze, za biblioteką jest magiczna budka telefoniczna. Zadzwoń po mnie.


Siedział przy kominku, popijając Ognistą Whisky. Popołudnie spędził z nowo poznanym czarodziejem analizując wszystkie historie, z którymi dane mu będzie się zmierzyć. W porównaniu do swojej towarzyszki on – wielki arystokrata z bogatego domu, nigdy nie dostawał pięknych baśni na dobranoc. W jego rodzinie bajki były zarezerwowane dla potencjalnych klientów i przedstawicieli Ministerstwa Magii, na dodatek nie miały uczyć o tym, że liczy się dobro i miłość, tylko nakłonić do uzyskania czegoś przez państwo Malfoy. Odchylił głowę na miękkim fotelu zamykając oczy. Minęła dwudziesta a Granger dalej nie wracała. Chociaż starał się mieć jej osobę w głębokim poważaniu, to gdzieś w jego świadomości zapaliła się ostrzegawcza lampka. Może coś jej się stało? Po długim wykładzie, którego udzielił mu Stefan, młody mężczyzna zwiedził dom. Musiał przyznać, iż podobał mu się barokowy styl pomieszczeń. Było w nich coś starego i solidnego. Większość podłóg pokrywało drewno, ściany karminowa farba i obrazy w złotych ramach. Na środku salonu stały dwa wielkie fotele, przed którymi w kominku palił się ogień. Okazało się, iż pan Salvatore gustuje w drogich, mocnych alkoholach, do tego nie ma w zwyczaju narzucać się innym, więc zostawił młodego mężczyznę samego ze złocistym trunkiem.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc, czując rosnącą irytację, oraz działanie wypitej whisky. Granger sama wyciągnęła ich na ową misję, po czym zostawiła go samego znikając w najlepsze. Prawdziwa Gryfońka głupota. Odważni w mowie, gorzej z czynami. Już miał nalać sobie kolejną szklankę, kiedy usłyszał ruch w korytarzu. Zamarł nasłuchując, przezornie trzymał różdżkę na kolanie. Dotknął jej, szykując się na obronę. Kroki powoli zbliżały się ku niemu, aż w końcu zobaczył ją.

Stanęła przed nim zasłaniając tym samym światło kominka. Nie dostrzegł wyrazu jej twarzy, ale po czerwonych policzkach i rozwianym włosiu od razu stwierdził, iż dziewczyna musiała przebiec maraton. Patrzyli na siebie chwilę, jakby oswajając się ze swoją obecnością. Malfoy powoli wyprostował się na siedzeniu, chowając różdżkę do kieszeni. Dziewczyna w tym czasie ściągnęła swój czarny płaszcz i zajęła drugi fotel. Nie powiedział nic, kiedy jednym ruchem różdżki przywołała pustą szklankę. Nie powiedział nic, kiedy nalała sobie sporą ilość whisky. Mógł też milczeć, widząc jak zamyka się w sobie i ucina niezaczętą nawet konwersację.

  • Gdzie byłaś? - spytał chłodno. Spojrzała na niego zaskoczona.
  • Nieważne. - odparła spokojnie, poprawiając okulary.
  • Mamy robotę, Granger. - mruknął dolewając sobie whisky.
  • Wiem.

Patrzył w ogień, zastanawiając się, co tak zajmowało czas dziewczyny. Z założenia nie było to dla niego ważne, ale gdzieś tam w środku – niewiedza irytowała. Przejechał palcem po obrzeżu szklanki zagryzając nieświadomie wargę. Nie zauważył, iż szatynka przygląda mu się z zainteresowaniem. Dla niej umysł młodego arystokraty owiany był jakąś tajemnicą, która korciła, aby ją odkryć. Do tego musiała przyznać – zmężniał. Już dawno zauważyła, iż Malfoy nie przypomina szczurowatego chłopca z dawnych lat. Z dziwnym rozrzewnieniem obserwowała, jak spokojnie oddycha unosząc klatkę, schowaną pod białą koszulą. W otoczeniu antycznych ozdób i czerwieni, mężczyzna wyglądał niebezpiecznie i przyciągająco. Lewę ramię zawsze zasłaniał, najprawdopodobniej widniał na nim znak Śmierciożerców. Nie wiedziała, czy jej towarzysz naprawdę przyłączył się do wojowników Voldemorta, tak na dobrą sprawę – prawie nic o nim nie wiedziała. Musiała jednak przyznać, iż jego zachowanie w stosunku do niej uległo zmianie.

  • Czego tak szukasz? - z zamyślenia wyrwał ją głos Dracona. Nadal pieścił spojrzeniem płomienie.
  • Odpowiedzi. - odparła cicho. Zaśmiał się lekko, słysząc jej słowa.
  • Na co, Granger? Co tak bardzo cię ciekawi?
  • Ty. - przyznała, nim zrozumiała, o czym mówi. Przeklęta whisky.

Popatrzył na nią zaskoczony. Oboje rozluźnili się od ilości wypitego alkoholu, jednak on nie zdobyłby się na taką szczerość wobec szatynki. Zlustrował uważnym spojrzeniem jej chudą postać. Musiał przyznać, iż bez ogromnych okularów, które odłożyła na stolik, oraz dziwnego koka na głowie, którego pozbyła się przed przybyciem do salonu – gdzieś tam młoda panna Granger była nawet urodziwa. Dla niego jednak, człowieka, którego piękno nie urzeka, ujrzenie prawdziwego uroku dziewczyny było prawie niemożliwe. Tej delikatności serca, które pomimo prób i ran dalej biło. Tej siły umysłu, który pomimo wszelkich przeciwieństw dalej zaskakiwał swoim rozwojem. Tej siły charakteru, która pomogła jej przetrwać każdy mroczny dzień. Hermiona Granger zdecydowanie nie przypominała większości ludzi – pragnących jedynie prostych, typowych rzeczy. Jej całe piękno wyłaniało się dzięki osobowości, której nie można podrobić.

  • Co się z tobą dzieje? - spytał mrużąc oczy. - Nie kłam. Wiem, że jesteś chora.
Zagryzła policzki uciekając wzrokiem od natarczywego spojrzenia mężczyzny. Nie miała zamiaru zwierzać mu się z tak prywatnych rzeczy.

  • Nie ma to związku z zadaniem. - odparła spokojnie.
  • Jeżeli zemdlejesz w trakcie walki, albo nie będziesz w stanie iść – tak Granger, ma to związek z zadaniem. - rzucił chłodno wracając do podziwiania płomieni.
  • Nie zemdleję, zadbałam o to. Dobranoc. - warknęła wstając. W ułamku sekundy szklanka mężczyzny stuknęła o stolik a on znalazł się przed szatynką.
  • Granger, ja nie martwię się o ciebie jak przyjaciel czy kochaś. Chcę przetrwać, rozumiesz? Możesz bawić się w męczennicę przed innymi, ale mnie to nie kręci. Mamy wykonać zadanie i w jednym kawałku wrócić, jasne? - szepnął jej do ucha zaciskając pięści.
  • Nie dramatyzuj, Malfoy. Myślisz, że nie wiem nic o przetrwaniu? - zakpiła.
  • Przekonam się w praktyce. Wyruszamy jutro o północy. - odparł oddalając się od szatynki.

Następnego dnia, Stefan zaprowadził dwoje uczniów do wielkiej biblioteki w podziemiach swojego domu. Wypełniona magicznymi księgami i zwojami zauroczyła młodą Gryfonkę tak bardzo, iż nie potrafiła skupić się na wskazówkach, których mężczyzna im udzielał. W oddali dostrzegła dzieła z zakresu medycyny eksperymentalnej, niezwykle rzadkie i kosztowne. Od dawna próbowała je znaleźć, ale dostęp do nich okazał się niemożliwy. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się przy nich chcąc zagłębić się w lekturze.

  • Prosperujesz na magomedyka? - usłyszała za sobą głos Salvatore. Zaskoczona obróciła w stronę mężczyzny.
  • Nie wiem. - przyznała. - To dość odpowiedzialna praca.
  • Podobno jesteś bardzo mądra. Tak przynajmniej twierdzi Albi. - uśmiechnął się.
  • Albi? Ach, dyrektor. Właśnie, jak to możliwe, że masz aż tyle lat? Kamień filozofów? - zapytała mierząc rozmówcę uważnym spojrzeniem. Ponownie usłyszała jego śmiech.
  • Nic z tego. Powiedzmy, że taki już jestem.
  • Okrutne. - szepnęła. Spojrzał na nią zaskoczony. - Taki dar to bardziej przekleństwo. Przeżyłeś śmierć wielu bliskich, prawda?
  • Tak...ale wiesz, czas leczy rany. Nauczyłem się wykorzystywać moją wieczność na robienie czegoś, czego inni nie są w stanie. Pilnuję ksiąg, co jak widać, nie zawsze jest proste. Do tego świat ciągle się zmienia a ja mogę te zmiany obserwować. - powiedział łagodnie.
  • Żyłeś w czasie drugiej wojny światowej. Jak to wyglądało?
  • Zadajesz ciekawe pytania. - zaśmiał się. - Okropnie. Po czymś takim zyskujesz niezwykły szacunek do ludzkiego życia. Wiesz, na początku się bałem, ale potem...nie wiem, przemogłem się. Walczyłem po stronie brytyjskiej, pomagałem Polakom ratować Żydów, próbowałem przekazywać ważne informacje tym, którzy chcieli wojnę zakończyć. Polityka była zagmatwana, ludzie wystraszeni. Nie wiedzieliśmy, komu możemy ufać. Do tego obozy koncentracyjne...rzeź niewinnych ludzi zawsze pozostawia po sobie namacalny ślad. Widzisz to w ludzkich oczach.
  • Rozumiem. - szepnęła Hermiona. - Powiedziałeś wcześniej, że mamy odnaleźć zagubioną cząstkę Voldemorta. Możliwe, że ma ona ludzką formę?
  • Nie wiem. Nie jestem w stanie tego stwierdzić, aczkolwiek minęło sporo czasu i jak najbardziej, jej ewolucja jest możliwa.
  • Mam nadzieję, że damy radę. - mruknęła dziewczyna.
  • Jak przestaniesz się obijać, to może i tak. - wtrącił Malfoy, dziwnie zirytowany.
  • Dobra! Pakujcie się, niedługo wyruszacie! - rzucił Stefan, widząc, iż partnerzy zaraz znowu skoczą sobie do gardeł.



Wraz z pojawieniem się na niebie okrągłego księżyca troje czarodziei spotkało się na dachu wielkiej willi Salvatore. Jak się okazało – przejście do świata baśni prowadziło nie tylko przez przestrzeń, ale i czas. Jedynym momentem, w którym można przemieszczać się między wymiarami jest okres ziemskiej pełni księżyca. Zaopatrzeni w najważniejsze przedmioty, młodzi wojownicy, oczekiwali momentu, w którym Stefan przepuści ich dalej.

  • Pamiętajcie. Musicie trzymać się razem. Po drugiej stronie spotkacie przewodników, którzy pomogą wam odnaleźć się w baśniowej krainie. Znajdźcie zagubioną cząstkę Voldemorta, zabezpieczcie ją zaklęciem i zabierzcie z powrotem. Powrót umożliwią wam amulety, które rano ode mnie dostaliście. Wystarczy trzy razy wymówić moje nazwisko a wrócicie tutaj.
  • Ile mamy czasu? - spytał Malfoy, poprawiając zapięcie kurtki.
  • Dużo, godzina tam to jak sekunda tutaj. - odpowiedział Stefan posyłając im pokrzepiający uśmiech. - Ale nie przeginajcie, po tym jak pełnia zniknie zostaniecie tam do następnej. Czyli dla was...bardzo długo. - dodał.
  • Dobra, lecimy. - powiedziała twardo szatynka.

W oddali usłyszeli bicie kościelnego dzwona, północ w końcu nadeszła a oni nie mieli już odwrotu. Jak na zawołanie wokół nich pojawiła się złota łuna światła. Dziewczyna spojrzała zaskoczona na Stefana, ten jednak z zamkniętymi oczami wymawiał skomplikowane zaklęcia, których usłyszeć nie było jej dane, gdyż głośny świst uderzył w jej uszy. Krzyknęła, chowając twarz w dłonie. Kątem oka dostrzegła, iż ciałem blondyna również wstrząsnęły dreszcze. Po chwili oboje opadli na chłodne podłoże, czując, jak uchodzi z nich życie...



Obudził się pierwszy, czując jak ból głowy uniemożliwia mu logiczne myślenie. Powoli wracały do niego zamglone obrazy. Był na dachu, wokół roznosiły się dźwięki kościelnego dzwonu, Stefan mamrotał zaklęcie, Granger upadła...Granger! Natychmiast podniósł się do pozycji siedzącej, szukając młodej kobiety. Złapał się za potylicę mamrocząc przekleństwa. Wokół leżały zaspy śniegu, na niebie unosiła się czerń wyróżniona drobnymi gwiazdami. Z zaskoczeniem stwierdził, iż wszędzie jest pusto. W oknach nie paliły się światła, z kominów nie leciał dym. Całe miasto wyglądało na wymarłe, jedynie ostry wiatr rozwiewał grudy śniegu po ulicy. Wioska, w której się znalazł przypominała cmentarzysko. Podniósł się do pozycji siedzącej, sprawdzając jednocześnie, czy nie zgubił różdżki oraz medalionu. Głucha cisza wydawała się złowieszcza i niepokojąca. Jeszcze większy niepokój wzbudzała nieobecność jego towarzyszki. Zaklął cicho i kocimi ruchami przemieścił się między chatkami z cegły. Śnieg delikatnie prószył jeszcze bardziej zasypując okolice. Ścisnął różdżkę w dłoni, przygotowując się na ewentualny atak przeciwnika. Skręcił w kolejny zaułek i stanął jak wrośnięty w ziemię.

W oddali, na niewielkim, zamarzniętym jeziorze – leżała ona. Musiała być nieprzytomna, gdyż nie wykonywała żadnych ruchów. Po raz pierwszy od dawna, młody arystokrata poczuł prawdziwy strach. Odrzucił gardę człowieka obojętnego i bez zastanowienia pobiegł w stronę jeziora. Z daleka nie był w stanie ocenić, czy dziewczyna w ogóle żyje, co wywołało u niego dziwny skurcz w żołądku. Rozejrzał się wokół, niczego niepokojącego jednak nie zauważył. Użycie czarów mogło niepotrzebnie zdradzić, iż jest czarodziejem, więc postawił pierwszy krok na lód. Był na tyle gruby, iż spokojnie mógł udźwignąć ciężar jego ciała. Nie myśląc więcej powoli pokonywał dzielącą ich odległość, nie wiedział w jakim stanie jest dziewczyna, ale liczył, iż obudzi się, kiedy potrząśnie nią kilka razy. Przenikające zimno irytowało go przemożnie, bo stan zdrowia Hermiony nie należał do najlepszych. Gdyby jeszcze musiał znosić jej przeziębienie, to olałby misję i wrócił do Hogwartu. Między arystokratą a dziewczyną pozostało zaledwie kilka metrów, kiedy usłyszał dźwięk pękającego lodu. W ostatniej chwili nabrał powietrza, gdyż tafla załamała się pod nimi wrzucając z całej siły w zimną toń wody. Przeraźliwy chłód przeniknął jego ciało wywołując wstrząs, nie myśląc o konsekwencjach niewerbalnie wypowiedział zaklęcie lumos i w oświetlonej wodzie ujrzał bezwładne ciało szatynki. Długie do pasa włosy owiały ją, niczym plątanina bluszczu. Bardziej przypominała nocną marę, niż młodą kobietę. Nie gasząc światła popłynął w jej kierunku, czując, jak strach ogarnia jego umysł. Kiedy tylko złapał ją za dłoń wpił się w usta dziewczyny, próbując oddać jej trochę tlenu. Podziałało. Otworzyła natychmiast oczy, zdezorientowana zaczęła wierzgać nogami, jednak otaczająca ją woda skutecznie spowalniała ruchy szatynki. Następnie silne ramię pociągnęło ja w górę, wydobywając na powierzchnię.

Leżeli na ośnieżonym brzegu, próbując złapać oddech. Mokrzy, zmarznięci i zmęczeni nie wiedzieli, jak zareagować. Dziewczyna poczuła, jak jej ciało trzęsie się z zimna i wyczerpania. Arystokrata również nie czuł się najlepiej. Nie dość, że przeżył przeniesienie do innego świata, to jeszcze pływał w lodowatym jeziorze i w pewien sposób...pocałował swoją towarzyszkę. Liczył, iż nigdy do tego nie wrócą. Spojrzał na jej czerwone od mrozu oblicze i zbierając w sobie siły, podniósł się do pozycji stojącej.

  • Chodź. Musimy się ogrzać. - rzucił, oddalając się od niej.

Po kilku nieudanych próbach, w końcu wstała. W trakcie marszu do jej umysłu powracały obrazy z willi Stefana, oraz dziwna ciemność, która zamroczyła jej umysł, kiedy przenosili się między światami. Chcąc, czy nie – czuła, jakby nawaliła. Nie wiedziała, dlaczego znalazła się na środku zamarzniętego jeziora i z jakiej racji nie wybudziła się sama. Do tego zawdzięczała Ślizgonowi życie, co tylko pogarszało jej stan. Sięgnęła do paska spodni, przyczepiona do niego nerka dalej trzymała się na swoim miejscu. Przed wyjazdem z Hogwartu zaczarowała ją, aby pomimo swojego małego rozmiaru spokojnie zmieściła wszystko, co przyda się im w trakcie misji. Zabezpieczona silnymi zaklęciami odporna była na płomienie i wodę. Próbowała skupić swój wzrok na sylwetce Malfoya, ale brak okularów - które spoczęły na dnie jeziora, zdecydowanie utrudniał jej owe zadanie. Do tego wiatr przybrał na sile i zmroził ją do szpiku. Czując, jak lodowacieje zacisnęła szczęki, które wydawały nieprzyjemne dla ucha dźwięki. Ciężko jej było się ruszać, jeszcze trudniej oddychać. Płuca ścisnęły się okrutnie a mokre włosy przykleiły do ciała.

  • Tutaj. - usłyszała głos blondyna.


Nadal nie zwracając na nią uwagi, wszedł do jednego z opuszczonych domków z czerwonej cegły. Jako jeden z niewielu miał całe okna i szczelny dach. Kiedy znaleźli się w środku, młoda kobieta natychmiast sięgnęła do nerki i wyciągnęła z niej różdżkę. Jednym zaklęciem osuszyła całe ciało, następnie znów włożyła dłoń do sakwy i po chwili grzebania w niej – wyciągnęła zapasową parę okularów. Po raz kolejny doceniła własną przezorność. Jej towarzysz również wysuszył całe ciało, rozglądając się po budynku.

  • Zostań tu na chwilę. - rozkazał wchodząc po drewnianych schodach. Westchnęła zirytowana, kierując się do piwnicy.

Dom był pusty. O tym, iż ktoś w nim kiedyś mieszkał świadczyły jedynie resztki jedzenia, które znalazła w piwnicy. Większość nie nadawała się do spożycia, jednak wśród konserw odnalazła hermetycznie zamkniętą puszkę z kawą. Uśmiechnęła się sama do siebie. Zabrała ze sobą zapasy z Hogwartu, więc głód jej nie groził. Nie myślała o blondynie, który również miał przy sobie sakwę, której zawartości nie znała. Malfoy na pewno potrafił radzić sobie w takich sytuacjach.

  • Jest tu coś? - podskoczyła jak oparzona, słysząc jego głos obok siebie.
  • Możesz tak się do mnie nie skradać? - mruknęła cicho. - Niewiele, ale damy sobie z tym radę.
  • Nie możemy rozpalić ognia. - oznajmił pomijając jej pytanie.
  • Wiem, nie potrzebujemy niepotrzebnej uwagi. - odparła.
  • Na piętrze jest jedna sypialnia. Biorę pierwszą wartę. Jutro ogarniemy, co tu się dzieje.
  • Dobrze. - zgodziła się, czując, jak sen powoli obezwładnia jej ciało.

Skierowała się na piętro, młody mężczyzna szedł za nią nasłuchując uderzającego o budynek wiatru. Nie podobała mu się ta sytuacja, ale musiał jakoś wydostać ich z tego miejsca. Zmęczeni i tak nie nadawali się do podróży. Kiedy tylko znaleźli się w sypialni, Draco ustawił miękki fotel niedaleko drzwi a dziewczyna zamknęła się w prowizorycznej łazience, którą wypełniał jedynie zlew, pęknięte lustro i sedes. Odpuściła sobie wiązanie długich włosów. Wyjęła z nerki bluzę i dresowe spodnie, umyła zęby, przebrała się i czując, jak zasypia na stojąco – wróciła do pokoju. Malfoy siedział spokojnie na swoim miejscu czytając zbiór baśni. Najwyraźniej szukał odpowiedzi, odnośnie miejsca, w którym się znaleźli.

  • Malfoy. - zwrócił swoje szare spojrzenie w jej kierunku.
  • Czego? - mruknął.
  • Dziękuję. Uratowałeś mi życie...znowu. - bąknęła przeczesując włosy. Musiał przyznać, iż wyglądała uroczo w tej sennej wersji samej siebie.
  • Przestań zmuszać mnie do tego. - odparł chłodno.
  • Postaram się. - odpowiedziała spokojnie, posyłając mu blady uśmiech. - Znalazłeś coś?
  • Idź spać, niewyspana na nic się nie przydasz. - westchnął teatralnie. Zaśmiała się delikatnie.
  • Wzajemnie. Możemy rzucić zaklęcia ochronne. Nie będziesz musiał nas pilnować, wyśpimy się. - zaproponowała.
  • Nie znamy tego świata, lepiej obyć się bez magii. - mruknął przekładając stronicę.
  • Znam kilka historii, w których panowała wieczna zima. - zaczęła dziewczyna, siadając w fotelu obok. - Problem w tym, że tutaj wszystko jest pomieszane. Może zima też jest efektem ubocznym działań Voldemorta?
  • Może...musimy znaleźć jakiś punkt zaczepny.
  • Stefan mówił o przewodnikach. Gdyby udało nam się ich znaleźć...
  • Daj spokój. - przerwał jej Draco. - Nikomu nie możemy ufać, sama wpakowałaś nas w tę bajeczkę, więc teraz pokaż na co cię stać.
  • Matko jedyna! Możesz już przestać? O mało dzisiaj nie utonęłam, możesz mi wygarniać do końca życia, ale po ukończeniu misji, dobrze? - warknęła złowrogo.
Malfoy już szykował odpowiedź, kiedy podłoga w pomieszczeniu skrzypnęła cicho, skupiając uwagę owej pary na miejscu, z którego dochodził alarmujący dźwięk...