Wiktor Krum, bułgarski czarodziej, były uczeń Durmstrangu i szukający narodowej reprezentacji Bułgarii...nie żyje.
Przetwarzała tę informację tępo
patrząc w nowe wydanie szmatławego Proroka.
Po Wielkiej Sali
rozniosły się szepty, które po chwili przerodziły się w głośne
komentarze. Wiktor Krum był ulubionym zawodnikiem Hogwartczyków,
pomógł uratować jedną z mugolskich wiosek przed atakiem
Śmierciożerców, do tego niektórzy mieli okazję poznać go
podczas Turnieju Trójmagicznego. Dla niej jednak Krum był kimś
więcej. W dawnych dziejach ją i mężczyznę połączyło gorące
uczucie, które przerwał atak wojny. Kiedy Voldemort został
pokonany odsunęła bruneta od siebie uciekając w swoją samotnię.
Z biegiem czasu zrozumiała, iż nie była to miłość a jedynie
zwykłe zauroczenie, jednakowoż dzieliła z mężczyzną chwile
intymne, intensywne, niespotykane, dzięki czemu stanowił ważny
element jej życia. Nie słuchając swoich przyjaciół, którzy
próbowali wyrwać ją z natłoku niechcianych myśli wstała od
stołu i wybiegła z Wielkiej Sali, nie zwracając nawet uwagi na
zaciekawione spojrzenia. Uciekała ile sił w nogach nie widząc
dokąd tak naprawdę zmierza. Byle jak najdalej, byle do miejsca, w
którym będzie sama, w którym zabraknie tych ciekawskich spojrzeń.
Jej kroki odbijały się echem po korytarzu a serce biło jak
oszalałe. Złapała filar i zwinnie skręciła w bok wybiegając na
zroszone poranną rosą błonia. Zapach deszczu wypełnił jej
nozdrza, dźwięki uderzającego o ściany szkoły wiatru zapełniły
myśli. Biegła dalej. Głowa znowu ją rozbolała, okulary
zaparowały.
Zdjęła je w locie i nie myśląc o konsekwencjach
swoich czynów wbiegła do stajni, w której Teastrale i mustangi
spokojnie spożywały posiłek. Słysząc ruch piękne stworzenia
skupiły swoją uwagę na dziewczynie. Zatrzymała się na chwilę
przyglądając zwierzętom, po czym podeszła do ostatniego rumaka.
Czarny jak noc mustang patrzył w jej oczy,
jakby zastanawiał się,
czy może obdarzyć Gryfonkę chociażby namiastką zaufania. Nie
znał jej zapachu, nie widział wcześniej oblicza. Kontakt pana i
jego wierzchowca opiewała nie jedna legenda. Sekundy mijały a
szatynka nie odrywała wzroku od głębi, która kryła się w
ślepiach stworzenia. Pewna, iż nie pozwoli jej się dosiąść
zaczęła odchodzić w innym kierunku czując, iż owe oczy
przyciągają ją jak magnes. Ostatni raz spojrzała w stronę
czarnego mustanga. Kłaniał jej się pozwalając dosiąść.
Jesienny wiatr rozwiewał kasztanowej
barwy włosy dziewczyny, które pod wpływem jego siły uwolniły się
z wysokiego koka. Ciemna koszula zapięta na ostatni guzik przylgnęła
do chudego ciała a okulary znalazły schronienie w kieszeni spodni.
Galopowała przed siebie na czarnym rumaku przemierzając wilgotne
błonia. Zwierzę najwyraźniej tęskniło za niezwykłym uczuciem
wolności, gdyż z dziką zwinnością omijało wszystkie przeszkody
biegnąc przed siebie jakby goiło zachód słońca. Nie interesował
jej fakt, że zajęcia już się zaczęły, że uczniowie na pewno o
niej plotkują. Obraz Wiktora uderzył w nią ze zdwojoną siłą.
Krzyknęła zła i mocniej przycisnęła swoje ciało do szyi
mustanga chowając twarz w długim włosiu. Znowu wszystko ją
bolało, znowu kogoś straciła.
Siedział na skraju lasu wpatrując się
w pijącego wodę konia. Skórzana kurtka skutecznie chroniła ciało
mężczyzny przed chłodem a trzymana w dłoni różdżka dodawała
pewności siebie. Zdawał sobie sprawę z tego, iż za chwilę
zaczynają się zajęcia, jednak przesłodzona atmosfera w szkole
irytowała go i osaczała. Potrzebował oddechu i ucieczki. W
spojrzeniach uczniów dostrzegał strach i niechęć, nawet
przedstawiciele jego domu wydawali się żyć w obawie przed młodym
mężczyzną. Nad ranem zastał różowy list pod drzwiami do swojego
dormitorium.
Z daleka czuć było od niego zapach kobiecych perfum.
Od kilku dni przejęte balem Ślizgonki stawały się coraz bardziej
natarczywe, nie ograniczając swoich ruchów jedynie do śledzenia
arystokraty. Podczas posiłków w Wielkiej Sali przy jego talerzu
pojawiały się małe, papierowe serduszka. Gdy wybierał się na
boisko do Quiddicha przy obręczach ustawionych nad trybunami latały
różowe ptaszki ćwierkające jego imię głosami dziewcząt.
Podobnie jak wszystkie wcześniejsze eseje i ten wylądował w
kominku płonąc karminowym światłem.
Aby uciec od zakochanych spojrzeń i
natarczywych gestów pominął śniadanie i od razu udał się na
błonia, osiodłał jednego z hardych rumaków i wyjechał przed
siebie czując, że w końcu jest sam. Tak niewiele potrzebował, aby
uspokoić poranioną duszę. Cisza, on i szum liści opadających z
drzew. Wciągnął głęboko powietrze delektując się zapachem
trawy i deszczu. Jego myśli stawały się klarowne a serce wyzbywało
się złych emocji. Nagle po drugiej stronie jeziora dostrzegł ruch.
Zmrużył oczy. Ktoś galopował z zawrotną prędkością przez
wybrzeże jakby uciekał przed wrogiem. Blondyn automatycznie
podniósł się wyciągając przed siebie różdżkę. Sylwetka
zbliżała się do niego. Zaskoczony uzmysłowił sobie, iż na
dzikim mustangu,
z rozwianym włosiem i aurą dzikości pędziła
młoda Gryfonka .
W jej postawie było coś niezwykłego,
pierwotnego. Nie mógł oderwać wzroku od jej magicznej postaci.
Długie włosy opadały aż do pośladków unosząc się na wietrze,
i skręcając od wilgoci, na oczach nie było wiecznych okularów, a
jedynie zaciętość. Przebiegła niedaleko niego nie zatrzymując
się ani na chwilę.
- Granger, granica! - wrzasnął,
widząc jak młoda kobieta zmierza w stronę bariery otaczającej
szkołę.
Widząc, iż nie reaguje, bez
zastanowienia wskoczył na swojego rumaka i klepnął go mocno
ruszając za szatynką. Nie był pewien, dlaczego to robi ale nie
miał czasu na zastanowienia. Galopował coraz szybciej przyciskając
ciało do konia, aby zmniejszyć opór powietrza. Wiatr uderzał w
jego ciało, trzymana w dłoni różdżka raziła swoją
bezradnością.
Nie mógł użyć jej w stosunku do ucznia, którym
dziewczyna niestety była.
- Granger! - krzyknął ponownie.
Szatynka obróciła się patrząc na niego w taki sposób, że aż
zamarł.
Płakała, gorzko i prawdziwie. Nie myśląc za wiele
wyprzedził ją i w ostatniej chwili zatrzymał się przed karym
wierzchowcem torując jej drogę. Mustang Hermiony zadarł wysoko
kopyta, zaskoczony pojawieniem się przeszkody na swojej ścieżce.
Pomimo pozycji, w jakiej się znalazł dziewczyna nie upadła
trzymając mocno grzywę zwierzęcia.
- Co!? - warknęła zła. - Czego
chcesz Malfoy?!
Patrzył na nią nie wiedząc, co
powiedzieć. Wypuścił ciężko powietrze i wskazał na połyskującą
za nim barierę.
- To, kretynko! Granica! - wrzasnął.
- Jechałaś tak szybko, że odrzut by cię zmiażdżył.
Zaskoczona wpatrywała się w złowrogie
spojrzenie arystokraty. Intensywność stalowych tęczówek Ślizgona
spokojnie mogła zabić. Powoli docierała do niej powaga sytuacji,
oraz bezmiar jej własnej głupoty. Doskonale zdawała sobie sprawę
z istnienia granicy, która otaczając szkołę chroniła ją przed
niezaproszonymi gośćmi. Każda magia miała swoje konsekwencje.
Przekroczyć teren Hogwartu można było jedynie przez określone
miejsca, tudzież za zgodą samego Dumbledore'a. Zacisnęła szczękę
nie odwracając spojrzenia od płomieni, które paliły się w oczach
arystokraty. Zrozumienie jego zachowania przychodziło jej z trudem,
nie był dziewczynie nic winien, aby gnać za nią przez połacie
zieleni ratując przed bolesnym spotkaniem z barierą Hogwartu. Do
tego ich relacje można było raczej określić jako obojętne. Przed
wojną często naśmiewał się z dziewczyny i groził jej
niewyobrażalnym cierpieniem. Później przestał zwracać na nią
uwagę, aż w końcu zniknęli ze swojego życia. Przed podjęciem
decyzji o powrocie do szkoły, Hermiona zapytała dyrektora w prost,
czy Malfoy wraca na teren Hogwartu. Zaskoczył ją fakt, iż
Dumbledore z ciepłym uśmiechem potwierdził, że młody arystokrata
pojawi się na zajęciach a jego osoba nie zasługuje na potępienie,
jakim go darzyła. „Wiele rzeczy wyjaśnia czas, panno Granger”
rzekł stary czarodziej.
- Dziękuję, Malfoy.
Patrzył na nią jak spetryfikowany.
Ona mu podziękowała. Ona. Hermiona - Wiem -Wszystko Granger.
Dziewczyna, która wielokrotnie nazwała go Śmierciożercą i wierną
kopią Lucjusza Malfoy'a. Przetarła oczy pozbywając się resztek
łez. Przez myśl blondyna przeszło,
czy aby Potter i Wiewiór są
cali. Wszyscy dobrze wiedzieli, jakie podejście do nich miała
szatynka a stan, w którym ją zastał przypominał szał człowieka,
który stracił właśnie coś cennego.
- Nie zrobiłem tego dla ciebie -
rzucił. - Nie było mnie w szkole, gdyby coś ci się stało
zrzuciliby to na mnie - skłamał. Dziewczyna zaśmiała się cicho
kręcąc głową.
- Podaliby ci serum prawdy –
odparła. Po raz kolejny zaskoczyła go swoją spostrzegawczością.
- Jesteś uczniem, Dumbledore nie pozwoliłby, aby traktowano cię
gorzej, niż innych.
- Możliwe, że nie zasłużyłbym
na ten luksus. Staruszek poza Hogwartem nie ma władzy wykonawczej.
- Szacunek ludzi do jego osoby
wystarczy. Jest bohaterem – powiedziała spokojnie.
Poczuła coś mokrego na swoich
ustach, z rozgarnięciem przetarła je i ujrzała krew. Zaklęła
cicho sięgając do kieszeni spodni. Wyciągnęła bawełnianą
chusteczkę i w milczeniu czekała, aż krwotok z nosa ustanie.
Lustrujące ją spojrzenie Ślizgona irytowało Gryfonkę
przemożnie.
- Powinnaś się położyć - rzucił
zmniejszając odległość między nimi. Spojrzała na niego a w jej
oczach pojawiła się nieufność.
- Poradzę sobie – mruknęła
cofając wierzchowca. Bez słowa odwróciła się od blondyna
kierując w stronę szkoły. Z zaskoczeniem stwierdziła, iż jedzie
obok niej. Wyprostowany, wyniosły i chłodny w obyciu bardziej
przypominał posąg, niż człowieka.
- Do reszty ci odbiło.
- Nie potrzebuję twojej opinii na
mój temat – warknęła.
- Nie, ale trochę zdrowego rozsądku
by ci nie zaszkodziło – zaśmiał się widząc, jak oczy szatynki
zwężają się niebezpiecznie.
- Od kiedy jesteś ekspertem od
zdrowia psychicznego? O ile pamięć mnie nie myli, to ty wysadziłeś
kilka sal od transmutacji w ubiegłych latach – zakpiła.
- Nie jest tajemnicą, że z
transmutacją stoję na bakier, Granger. Przypadkowe negatywne
efekty zaklęć, to jedno. Umyślne zsyłanie na siebie problemów,
to już inna kwestia. Wyglądasz jak ściana, do tego ledwo trzymasz
się konia.
- Jeżeli zemdleję, Godryk
spokojnie dowiezie mnie do szkoły – odparła pewnie.
- Godryk? - zaśmiał się
złośliwie. - Nawet koń, którego wybrałaś musi być gryfoński?
- Nie wiem, jak się nazywa. Reaguje
na to, więc przyjmijmy, że nazywa się Godryk.
Usłyszała głośniejszy śmiech
Ślizgona. Między nimi zapadła głucha cisza przerywana jedynie
szumem wiatru i odgłosami wydawanym przez wierzchowce. Malfoy co
jakiś czas zerkał w stronę dziewczyny upewniając się, czy aby na
pewno nie mdleje. Ona jednak zaparcie kłusowała dalej nie
zwracając na niego uwagi. W duchu zakpił z gryfońskiej odwagi,
która niejednokrotnie zahaczała o głupotę i towarzyszył szatynce
dalej uciekając w rozmyślania o rzeczach, do których nigdy by się
nie przyznał.
Wieczór okazał się trudniejszy, niż
myślała. Jej przyjaciele cały dzień próbowali dowiedzieć się,
gdzie była rano. W trakcie zajęć udawała, iż musi skupić się
na przerabianych materiałach. Cały czas odczuwała na sobie
spojrzenie arystokraty, do którego nie odezwała się ani słowem po
powrocie do szkoły. Próbowała kłamać, że schowała się w
bibliotece, jednak Neville szukał jej tam i całe kłamstwo legło w
gruzach. Do tego dostała listy od Harrego i Rona, do których już
dotarła informacja o śmierci Kruma. Chłopcy obiecali, iż pojadą
z nią na pogrzeb i jeżeli tylko będzie ich potrzebować, to
zostaną z nią w Hogwarcie przez jakich czas. Otoczona przyjaciółmi
czekającymi na jakąkolwiek reakcję, ze strony Hermiony,
zdecydowała się na najbardziej absurdalny ruch i zapłakała
żałośnie chowając się w swoim dormitorium. To wystarczyło, aby
Gryfoni dali jej spokój. Następnego dnia rano również nie było
łatwo, gdyż przy śniadaniu dyrektor wzniósł toast za Wiktora
życząc mu pięknego życia po życiu i wspominając jego męstwo w
czasie wojny. Dziewczyna z kamienną twarzą schowana za swoimi
wiecznymi oprawkami zapewniała przyjaciół, iż jakoś sobie z tym
poradzi i rozmawianie na ten temat nie jest dla niej dobre.
Kiedy już myślała, że temat został
wyczerpany do jej dłoni wpadł kolejny numer Proroka, w którym
ukazano życie Kruma. Na jednym ze zdjęć byli oni razem na balu w
Hogwarcie. Zamieszczono datę i miejsce pogrzebu. Tłumiąc w sobie
wszystkie emocje wypiła czarną kawę i odeszła od stołu.
Ledwo przekroczył próg Pokoju
Wspólnego Slytherinu a do jego uszu dotarł strzępek rozmowy kilku
Ślizgonek malujących swoje paznokcie przy świetle pochodni.
- A bo ja wiem? Byli razem na balu,
no ale to chyba tyle – spekulowała Eleonora poprawiając krótkie
włosy.
- Obstawiam, że zmuszono Kruma,
żeby poszedł z nią na bal. Kto normalny chciałby robić
COKOLWIEK z tą dziewczyną? - prychnęła Lidia sięgając po
czerwony lakier do paznokci.
Ciesząc się, iż paskudne dziewczyny
nie zwróciły na niego uwagi udał się do swojego dormitorium,
zachodząc w głowę, czy to aby śmierć Bułgara aż tak wpłynęła
na zachowanie Gryfonki. Wojna pochłonęła wiele istnień, które
miały dla niej znaczenie. Śmierć części Weasley'ów, profesora
Lupina, mrocznego Blacka czy nawet znajomych ze szkoły wydawała mu
się bardziej istotna dla młodej kobiety. Nigdy nie słyszał o jej
zażyłości z bułgarskim zawodnikiem, który dla arystokraty był
jedynie postacią bytującą gdzieś w świecie, w którym Malfoy nie
przewidywał żyć. Wiktor pławił się w blasku sławy, nagród i
wywiadów. Wiele młodych serc wzdychało ku niemu, co z ochotą
opisywał czarodziejski Prorok. Nie widział w nich wzmianki o
Granger. Najwyraźniej, ze swoim wielkim umysłem i gryfońską
upartością Hermiona potrafiła zachować swoją relację z Krumem
dla siebie. Wypuścił mocno powietrze z płuc przygotowując się na
długą podróż.
- Koniec – szepnął Harry zwracając się do szatynki.
Czarna suknia wydawała się być
jednym z najczęściej przywdziewanych przez dziewczynę rzeczy.
Kolejny pogrzeb, kolejna żałoba. Tyle istnień bezpowrotnie
zatonęło w piachu, żegnanych mniej lub bardziej efektownie. Z
wyuczoną przez praktykę obojętnością słuchała przemowy jednego
z członków rodziny Wiktora. Ból, jaki zadała jej śmierć
mężczyzny rozlał się po jej ciele nie dając spokoju nocą. Myśli
uparcie przywoływały wspomnienia wspólnych chwil, których posmak
wydawał się gorzki i przesycony niemą groźbą. Pokonanie
Voldemorta nie oznaczało wygrania ze śmiercią, a jedynie
odwleczenie jej do najmniej spodziewanego momentu. Poprawiła swoje
wieczne okulary czując na sobie spojrzenia swoich przyjaciół,
którzy podobnie jak dziewczyna przywdziali czerń i ze skupieniem
przysłuchiwali się kolejnym osobom, które przemawiały za mównicą.
Wiktor Krum był postacią medialną, wokół której żyło wielu
mniej, lub bardziej znanych czarodziei. Kaplica, w której odbywał
się pogrzeb bardziej przypominała czarny muł, niż sanktuarium.
Nie rozpoznała nikogo, nie licząc dziennikarzy z Proroka, którzy
usadowili się w ostatnim rzędzie wyszukując wzrokiem najbardziej
załamanych gości. Pragnęli sensacji a rzewne łzy zawsze ją
wzbudzały. Hermiona wiedziała, iż po tym, jak jej zdjęcie ukazało
się na łamach gazety nie może bardziej skupiać na sobie uwagi. Po
obu jej stronach stali przyjaciele, dzięki czemu czuła się
bezpiecznie. Więź, jaka ich łączyła należała do
najsilniejszych w czarodziejskim świecie. Rodzina, którą stworzyli
pomagała przetrwać najtrudniejsze czasy.
- Koniec – szepnął Harry zwracając się do szatynki.
- Chodźmy już, zanim Prorok się przyklei – dodał Ronald mierząc uważnym spojrzeniem wychudzonego fotografa.
Wtopili się w tłum wychodząc z
kaplicy. Podmuch wiatru uderzył w nich wywołując dreszcze na
ciele. Po upalnym lecie pozostały jedynie wspomnienia, co
potwierdziły pierwsze krople deszczu wyłaniające się z ciężkich,
ciemnych chmur. Hermiona mocniej otuliła się płaszczem czując, iż
ktoś ją obserwuje. Rozejrzała się wokół szukając ciekawskich
wspomnień, jednak pogrążeni w żałobie czarodzieje nie zauważyli
nawet jej obecności.
Przyglądał jej się z oddali.
Otoczona czarnymi szatami żałobników nie wyróżniała się z
tłumu. Dla niego jednak - wybitnego tropiciela, odnalezienie drobnej
szatynki nie stanowiło żadnego problemu. Spodziewał się morza łez
na jej licu, jakież więc było jego zdziwienie, gdy dostrzegł
jedynie uprzejmą obojętność. Po raz kolejny zaskoczyła go swoją
złożoną osobowością, która czyniła z niej osobę nieobliczalną
i dziką. Młodzi mężczyźni, którzy dotrzymywali jej towarzystwa
wydawali się idealnie pasować do całej sytuacji. W ich życiu
pogrzeby górowały nad weselami a umęczone tragediami oczy
doskonale komponowały się z żałobą rodziny Kruma. Widząc, iż
Wielka Trójca oddala się w kierunku magicznego, hogwardzkiego
powozu sam również odwrócił się od zbiegowiska i powrócił do
codziennych czynności.




