25 lutego 2017

Wiktor




Wiktor Krum, bułgarski czarodziej, były uczeń Durmstrangu i szukający narodowej reprezentacji Bułgarii...nie żyje.

   Przetwarzała tę informację tępo patrząc w nowe wydanie szmatławego Proroka. 
Po Wielkiej Sali rozniosły się szepty, które po chwili przerodziły się w głośne komentarze. Wiktor Krum był ulubionym zawodnikiem Hogwartczyków, 
pomógł uratować jedną z mugolskich wiosek przed atakiem Śmierciożerców, do tego niektórzy mieli okazję poznać go podczas Turnieju Trójmagicznego. Dla niej jednak Krum był kimś więcej. W dawnych dziejach ją i mężczyznę połączyło gorące uczucie, które przerwał atak wojny. Kiedy Voldemort został pokonany odsunęła bruneta od siebie uciekając w swoją samotnię. Z biegiem czasu zrozumiała, iż nie była to miłość a jedynie zwykłe zauroczenie, jednakowoż dzieliła z mężczyzną chwile intymne, intensywne, niespotykane, dzięki czemu stanowił ważny element jej życia. Nie słuchając swoich przyjaciół, którzy próbowali wyrwać ją z natłoku niechcianych myśli wstała od stołu i wybiegła z Wielkiej Sali, nie zwracając nawet uwagi na zaciekawione spojrzenia. Uciekała ile sił w nogach nie widząc dokąd tak naprawdę zmierza. Byle jak najdalej, byle do miejsca, w którym będzie sama, w którym zabraknie tych ciekawskich spojrzeń. Jej kroki odbijały się echem po korytarzu a serce biło jak oszalałe. Złapała filar i zwinnie skręciła w bok wybiegając na zroszone poranną rosą błonia. Zapach deszczu wypełnił jej nozdrza, dźwięki uderzającego o ściany szkoły wiatru zapełniły myśli. Biegła dalej. Głowa znowu ją rozbolała, okulary zaparowały. 
Zdjęła je w locie i nie myśląc o konsekwencjach swoich czynów wbiegła do stajni, w której Teastrale i mustangi spokojnie spożywały posiłek. Słysząc ruch piękne stworzenia skupiły swoją uwagę na dziewczynie. Zatrzymała się na chwilę przyglądając zwierzętom, po czym podeszła do ostatniego rumaka. Czarny jak noc mustang patrzył w jej oczy, 
jakby zastanawiał się, czy może obdarzyć Gryfonkę chociażby namiastką zaufania. Nie znał jej zapachu, nie widział wcześniej oblicza. Kontakt pana i jego wierzchowca opiewała nie jedna legenda. Sekundy mijały a szatynka nie odrywała wzroku od głębi, która kryła się w ślepiach stworzenia. Pewna, iż nie pozwoli jej się dosiąść zaczęła odchodzić w innym kierunku czując, iż owe oczy przyciągają ją jak magnes. Ostatni raz spojrzała w stronę czarnego mustanga. Kłaniał jej się pozwalając dosiąść.

   Jesienny wiatr rozwiewał kasztanowej barwy włosy dziewczyny, które pod wpływem jego siły uwolniły się z wysokiego koka. Ciemna koszula zapięta na ostatni guzik przylgnęła do chudego ciała a okulary znalazły schronienie w kieszeni spodni. Galopowała przed siebie na czarnym rumaku przemierzając wilgotne błonia. Zwierzę najwyraźniej tęskniło za niezwykłym uczuciem wolności, gdyż z dziką zwinnością omijało wszystkie przeszkody biegnąc przed siebie jakby goiło zachód słońca. Nie interesował jej fakt, że zajęcia już się zaczęły, że uczniowie na pewno o niej plotkują. Obraz Wiktora uderzył w nią ze zdwojoną siłą. Krzyknęła zła i mocniej przycisnęła swoje ciało do szyi mustanga chowając twarz w długim włosiu. Znowu wszystko ją bolało, znowu kogoś straciła.


   Siedział na skraju lasu wpatrując się w pijącego wodę konia. Skórzana kurtka skutecznie chroniła ciało mężczyzny przed chłodem a trzymana w dłoni różdżka dodawała pewności siebie. Zdawał sobie sprawę z tego, iż za chwilę zaczynają się zajęcia, jednak przesłodzona atmosfera w szkole irytowała go i osaczała. Potrzebował oddechu i ucieczki. W spojrzeniach uczniów dostrzegał strach i niechęć, nawet przedstawiciele jego domu wydawali się żyć w obawie przed młodym mężczyzną. Nad ranem zastał różowy list pod drzwiami do swojego dormitorium. 
Z daleka czuć było od niego zapach kobiecych perfum. Od kilku dni przejęte balem Ślizgonki stawały się coraz bardziej natarczywe, nie ograniczając swoich ruchów jedynie do śledzenia arystokraty. Podczas posiłków w Wielkiej Sali przy jego talerzu pojawiały się małe, papierowe serduszka. Gdy wybierał się na boisko do Quiddicha przy obręczach ustawionych nad trybunami latały różowe ptaszki ćwierkające jego imię głosami dziewcząt. Podobnie jak wszystkie wcześniejsze eseje i ten wylądował w kominku płonąc karminowym światłem.
   Aby uciec od zakochanych spojrzeń i natarczywych gestów pominął śniadanie i od razu udał się na błonia, osiodłał jednego z hardych rumaków i wyjechał przed siebie czując, że w końcu jest sam. Tak niewiele potrzebował, aby uspokoić poranioną duszę. Cisza, on i szum liści opadających z drzew. Wciągnął głęboko powietrze delektując się zapachem trawy i deszczu. Jego myśli stawały się klarowne a serce wyzbywało się złych emocji. Nagle po drugiej stronie jeziora dostrzegł ruch. Zmrużył oczy. Ktoś galopował z zawrotną prędkością przez wybrzeże jakby uciekał przed wrogiem. Blondyn automatycznie podniósł się wyciągając przed siebie różdżkę. Sylwetka zbliżała się do niego. Zaskoczony uzmysłowił sobie, iż na dzikim mustangu, 
z rozwianym włosiem i aurą dzikości pędziła młoda Gryfonka . 
W jej postawie było coś niezwykłego, pierwotnego. Nie mógł oderwać wzroku od jej magicznej postaci. Długie włosy opadały aż do pośladków unosząc się na wietrze, i skręcając od wilgoci, na oczach nie było wiecznych okularów, a jedynie zaciętość. Przebiegła niedaleko niego nie zatrzymując się ani na chwilę.

-  Granger, granica! - wrzasnął, widząc jak młoda kobieta zmierza w stronę bariery otaczającej szkołę.

   Widząc, iż nie reaguje, bez zastanowienia wskoczył na swojego rumaka i klepnął go mocno ruszając za szatynką. Nie był pewien, dlaczego to robi ale nie miał czasu na zastanowienia. Galopował coraz szybciej przyciskając ciało do konia, aby zmniejszyć opór powietrza. Wiatr uderzał w jego ciało, trzymana w dłoni różdżka raziła swoją bezradnością. 
Nie mógł użyć jej w stosunku do ucznia, którym dziewczyna niestety była.

-  Granger! - krzyknął ponownie. Szatynka obróciła się patrząc na niego w taki sposób, że aż zamarł. 

   Płakała, gorzko i prawdziwie. Nie myśląc za wiele wyprzedził ją i w ostatniej chwili zatrzymał się przed karym wierzchowcem torując jej drogę. Mustang Hermiony zadarł wysoko kopyta, zaskoczony pojawieniem się przeszkody na swojej ścieżce. Pomimo pozycji, w jakiej się znalazł dziewczyna nie upadła trzymając mocno grzywę zwierzęcia.

 -  Co!? - warknęła zła. - Czego chcesz Malfoy?!

Patrzył na nią nie wiedząc, co powiedzieć. Wypuścił ciężko powietrze i wskazał na połyskującą za nim barierę.

-  To, kretynko! Granica! - wrzasnął. - Jechałaś tak szybko, że odrzut by cię zmiażdżył.

   Zaskoczona wpatrywała się w złowrogie spojrzenie arystokraty. Intensywność stalowych tęczówek Ślizgona spokojnie mogła zabić. Powoli docierała do niej powaga sytuacji, oraz bezmiar jej własnej głupoty. Doskonale zdawała sobie sprawę z istnienia granicy, która otaczając szkołę chroniła ją przed niezaproszonymi gośćmi. Każda magia miała swoje konsekwencje. Przekroczyć teren Hogwartu można było jedynie przez określone miejsca, tudzież za zgodą samego Dumbledore'a. Zacisnęła szczękę nie odwracając spojrzenia od płomieni, które paliły się w oczach arystokraty. Zrozumienie jego zachowania przychodziło jej z trudem, nie był dziewczynie nic winien, aby gnać za nią przez połacie zieleni ratując przed bolesnym spotkaniem z barierą Hogwartu. Do tego ich relacje można było raczej określić jako obojętne. Przed wojną często naśmiewał się z dziewczyny i groził jej niewyobrażalnym cierpieniem. Później przestał zwracać na nią uwagę, aż w końcu zniknęli ze swojego życia. Przed podjęciem decyzji o powrocie do szkoły, Hermiona zapytała dyrektora w prost, czy Malfoy wraca na teren Hogwartu. Zaskoczył ją fakt, iż Dumbledore z ciepłym uśmiechem potwierdził, że młody arystokrata pojawi się na zajęciach a jego osoba nie zasługuje na potępienie, jakim go darzyła. „Wiele rzeczy wyjaśnia czas, panno Granger” rzekł stary czarodziej.

-  Dziękuję, Malfoy.

  Patrzył na nią jak spetryfikowany. Ona mu podziękowała. Ona. Hermiona - Wiem -Wszystko Granger. Dziewczyna, która wielokrotnie nazwała go Śmierciożercą i wierną kopią Lucjusza Malfoy'a. Przetarła oczy pozbywając się resztek łez. Przez myśl blondyna przeszło, 
czy aby Potter i Wiewiór są cali. Wszyscy dobrze wiedzieli, jakie podejście do nich miała szatynka a stan, w którym ją zastał przypominał szał człowieka, który stracił właśnie coś cennego.

-  Nie zrobiłem tego dla ciebie - rzucił. - Nie było mnie w szkole, gdyby coś ci się stało zrzuciliby to na mnie - skłamał. Dziewczyna zaśmiała się cicho kręcąc głową.

-  Podaliby ci serum prawdy – odparła. Po raz kolejny zaskoczyła go swoją spostrzegawczością. - Jesteś uczniem, Dumbledore nie pozwoliłby, aby traktowano cię gorzej, niż innych.

-  Możliwe, że nie zasłużyłbym na ten luksus. Staruszek poza Hogwartem nie ma władzy wykonawczej.

-  Szacunek ludzi do jego osoby wystarczy. Jest bohaterem – powiedziała spokojnie.

   Poczuła coś mokrego na swoich ustach, z rozgarnięciem przetarła je i ujrzała krew. Zaklęła cicho sięgając do kieszeni spodni. Wyciągnęła bawełnianą chusteczkę i w milczeniu czekała, aż krwotok z nosa ustanie. Lustrujące ją spojrzenie Ślizgona irytowało Gryfonkę przemożnie.

-  Powinnaś się położyć - rzucił zmniejszając odległość między nimi. Spojrzała na niego a w jej oczach pojawiła się nieufność.

-  Poradzę sobie – mruknęła cofając wierzchowca. Bez słowa odwróciła się od blondyna kierując w stronę szkoły. Z zaskoczeniem stwierdziła, iż jedzie obok niej. Wyprostowany, wyniosły i chłodny w obyciu bardziej przypominał posąg, niż człowieka.

-  Do reszty ci odbiło. 

-  Nie potrzebuję twojej opinii na mój temat – warknęła.

-  Nie, ale trochę zdrowego rozsądku by ci nie zaszkodziło – zaśmiał się widząc, jak oczy szatynki zwężają się niebezpiecznie.

-  Od kiedy jesteś ekspertem od zdrowia psychicznego? O ile pamięć mnie nie myli, to ty wysadziłeś kilka sal od transmutacji w ubiegłych latach – zakpiła.

-  Nie jest tajemnicą, że z transmutacją stoję na bakier, Granger. Przypadkowe negatywne efekty zaklęć, to jedno. Umyślne zsyłanie na siebie problemów, to już inna kwestia. Wyglądasz jak ściana, do tego ledwo trzymasz się konia.

-  Jeżeli zemdleję, Godryk spokojnie dowiezie mnie do szkoły – odparła pewnie.

-  Godryk? - zaśmiał się złośliwie. - Nawet koń, którego wybrałaś musi być gryfoński?

-  Nie wiem, jak się nazywa. Reaguje na to, więc przyjmijmy, że nazywa się Godryk.

   Usłyszała głośniejszy śmiech Ślizgona. Między nimi zapadła głucha cisza przerywana jedynie szumem wiatru i odgłosami wydawanym przez wierzchowce. Malfoy co jakiś czas zerkał w stronę dziewczyny upewniając się, czy aby na pewno nie mdleje. Ona jednak zaparcie kłusowała dalej nie zwracając na niego uwagi. W duchu zakpił z gryfońskiej odwagi, która niejednokrotnie zahaczała o głupotę i towarzyszył szatynce dalej uciekając w rozmyślania o rzeczach, do których nigdy by się nie przyznał.



   Wieczór okazał się trudniejszy, niż myślała. Jej przyjaciele cały dzień próbowali dowiedzieć się, gdzie była rano. W trakcie zajęć udawała, iż musi skupić się na przerabianych materiałach. Cały czas odczuwała na sobie spojrzenie arystokraty, do którego nie odezwała się ani słowem po powrocie do szkoły. Próbowała kłamać, że schowała się w bibliotece, jednak Neville szukał jej tam i całe kłamstwo legło w gruzach. Do tego dostała listy od Harrego i Rona, do których już dotarła informacja o śmierci Kruma. Chłopcy obiecali, iż pojadą z nią na pogrzeb i jeżeli tylko będzie ich potrzebować, to zostaną z nią w Hogwarcie przez jakich czas. Otoczona przyjaciółmi czekającymi na jakąkolwiek reakcję, ze strony Hermiony, zdecydowała się na najbardziej absurdalny ruch i zapłakała żałośnie chowając się w swoim dormitorium. To wystarczyło, aby Gryfoni dali jej spokój. Następnego dnia rano również nie było łatwo, gdyż przy śniadaniu dyrektor wzniósł toast za Wiktora życząc mu pięknego życia po życiu i wspominając jego męstwo w czasie wojny. Dziewczyna z kamienną twarzą schowana za swoimi wiecznymi oprawkami zapewniała przyjaciół, iż jakoś sobie z tym poradzi i rozmawianie na ten temat nie jest dla niej dobre.
Kiedy już myślała, że temat został wyczerpany do jej dłoni wpadł kolejny numer Proroka, w którym ukazano życie Kruma. Na jednym ze zdjęć byli oni razem na balu w Hogwarcie. Zamieszczono datę i miejsce pogrzebu. Tłumiąc w sobie wszystkie emocje wypiła czarną kawę i odeszła od stołu.

   Ledwo przekroczył próg Pokoju Wspólnego Slytherinu a do jego uszu dotarł strzępek rozmowy kilku Ślizgonek malujących swoje paznokcie przy świetle pochodni.

- Noo..a widziałyście, jak Szlamiona wyleciała z sali? Ona czasami nie spotykała się z tym całym Krumem? No bo wiecie, jak jest martwy, to już nie pociupciają - rzuciła Roma.

- A bo ja wiem? Byli razem na balu, no ale to chyba tyle – spekulowała Eleonora poprawiając krótkie włosy.
- Obstawiam, że zmuszono Kruma, żeby poszedł z nią na bal. Kto normalny chciałby robić COKOLWIEK z tą dziewczyną? - prychnęła Lidia sięgając po czerwony lakier do paznokci.

   Ciesząc się, iż paskudne dziewczyny nie zwróciły na niego uwagi udał się do swojego dormitorium, zachodząc w głowę, czy to aby śmierć Bułgara aż tak wpłynęła na zachowanie Gryfonki. Wojna pochłonęła wiele istnień, które miały dla niej znaczenie. Śmierć części Weasley'ów, profesora Lupina, mrocznego Blacka czy nawet znajomych ze szkoły wydawała mu się bardziej istotna dla młodej kobiety. Nigdy nie słyszał o jej zażyłości z bułgarskim zawodnikiem, który dla arystokraty był jedynie postacią bytującą gdzieś w świecie, w którym Malfoy nie przewidywał żyć. Wiktor pławił się w blasku sławy, nagród i wywiadów. Wiele młodych serc wzdychało ku niemu, co z ochotą opisywał czarodziejski Prorok. Nie widział w nich wzmianki o Granger. Najwyraźniej, ze swoim wielkim umysłem i gryfońską upartością Hermiona potrafiła zachować swoją relację z Krumem dla siebie. Wypuścił mocno powietrze z płuc przygotowując się na długą podróż.


   Czarna suknia wydawała się być jednym z najczęściej przywdziewanych przez dziewczynę rzeczy. Kolejny pogrzeb, kolejna żałoba. Tyle istnień bezpowrotnie zatonęło w piachu, żegnanych mniej lub bardziej efektownie. Z wyuczoną przez praktykę obojętnością słuchała przemowy jednego z członków rodziny Wiktora. Ból, jaki zadała jej śmierć mężczyzny rozlał się po jej ciele nie dając spokoju nocą. Myśli uparcie przywoływały wspomnienia wspólnych chwil, których posmak wydawał się gorzki i przesycony niemą groźbą. Pokonanie Voldemorta nie oznaczało wygrania ze śmiercią, a jedynie odwleczenie jej do najmniej spodziewanego momentu. Poprawiła swoje wieczne okulary czując na sobie spojrzenia swoich przyjaciół, którzy podobnie jak dziewczyna przywdziali czerń i ze skupieniem przysłuchiwali się kolejnym osobom, które przemawiały za mównicą. Wiktor Krum był postacią medialną, wokół której żyło wielu mniej, lub bardziej znanych czarodziei. Kaplica, w której odbywał się pogrzeb bardziej przypominała czarny muł, niż sanktuarium. Nie rozpoznała nikogo, nie licząc dziennikarzy z Proroka, którzy usadowili się w ostatnim rzędzie wyszukując wzrokiem najbardziej załamanych gości. Pragnęli sensacji a rzewne łzy zawsze ją wzbudzały. Hermiona wiedziała, iż po tym, jak jej zdjęcie ukazało się na łamach gazety nie może bardziej skupiać na sobie uwagi. Po obu jej stronach stali przyjaciele, dzięki czemu czuła się bezpiecznie. Więź, jaka ich łączyła należała do najsilniejszych w czarodziejskim świecie. Rodzina, którą stworzyli pomagała przetrwać najtrudniejsze czasy.



 - Koniec – szepnął Harry zwracając się do szatynki.

 - Chodźmy już, zanim Prorok się przyklei – dodał Ronald mierząc uważnym spojrzeniem wychudzonego fotografa.

    Wtopili się w tłum wychodząc z kaplicy. Podmuch wiatru uderzył w nich wywołując dreszcze na ciele. Po upalnym lecie pozostały jedynie wspomnienia, co potwierdziły pierwsze krople deszczu wyłaniające się z ciężkich, ciemnych chmur. Hermiona mocniej otuliła się płaszczem czując, iż ktoś ją obserwuje. Rozejrzała się wokół szukając ciekawskich wspomnień, jednak pogrążeni w żałobie czarodzieje nie zauważyli nawet jej obecności.

   Przyglądał jej się z oddali. Otoczona czarnymi szatami żałobników nie wyróżniała się z tłumu. Dla niego jednak - wybitnego tropiciela, odnalezienie drobnej szatynki nie stanowiło żadnego problemu. Spodziewał się morza łez na jej licu, jakież więc było jego zdziwienie, gdy dostrzegł jedynie uprzejmą obojętność. Po raz kolejny zaskoczyła go swoją złożoną osobowością, która czyniła z niej osobę nieobliczalną i dziką. Młodzi mężczyźni, którzy dotrzymywali jej towarzystwa wydawali się idealnie pasować do całej sytuacji. W ich życiu pogrzeby górowały nad weselami a umęczone tragediami oczy doskonale komponowały się z żałobą rodziny Kruma. Widząc, iż Wielka Trójca oddala się w kierunku magicznego, hogwardzkiego powozu sam również odwrócił się od zbiegowiska i powrócił do codziennych czynności.

22 lutego 2017

Umowa

 


    Wiadomość o balu semestralnym dzięki niecierpliwym Ślizgonkom rozniosła się z siłą tsunami i nawet Gryfoni powoli zaczęli poszukiwać dla siebie pary na imprezę. Drobna dziewczyna poprawiła swoje okulary nakładając sobie jajecznicę na talerz.

-   Ej, słyszałyście o balu? - pisnęła Lavender dosiadając się do swojego stołu w Wielkiej Sali.

-   Ciężko o nim nie słyszeć. - bąknęła Ginevra.

-   Nie cieszysz się? Pisałam z Ronem. Przyjedzie na bal dla mnie. - zaśmiała się blondynka poprawiając wielkiego motyla wpiętego we włosy.

-   Harry też będzie.- dodała Hermiona. - Ale zanim przyjdzie bal mamy egzaminy.

-   O matko, nic się nie zmieniłaś. - mruknęła Lavender. - Egzaminy egzaminami, ale w tym roku bal ma być największym wydarzeniem w Świecie Czarodziei. Zjadą się przedstawiciele wielu szkół, będą zespoły i znani magicy.

-   Podobno Wrzeszczące Jędze mają zaśpiewać kilka kawałków. - podłapała Ginevra.

-   O tak, tak. Chcą też urządzić konkurs na króla i królową balu, już nie mogę się doczekać, kiedy Ronuś przyjedzie. Na pewno wygramy! - pisnęła.


   Do rozmowy włączył się Neville i Luna a całą salę wypełniły rozmowy schodzących na obiad uczniów.


   Siedział wśród Ślizgonów po raz kolejny uciekając przed przedstawicielkami płci pięknej ze swojego domu. Wulgarne, pozbawione szacunku do siebie dziewczęta nachylały się obok niego eksponując biusty, wypinały przy byle okazji i posyłały mu przesłodzone spojrzenia. Dawno nic nie wytrącało go tak z równowagi, jak natłok prześladowców, których nie może się pozbyć zaklęciami. Przed przybyciem do Hogwartu zawarł umowę z Dumbledorem o nieużywaniu czarów i uroków w stosunku do uczniów i nauczycieli, co zapieczętował przysięgą krwi. Próbował znaleźć miejsce, w którym Ślizgonek nie ma, ale one uparcie czekały na niego zarówno na boisku od Quiddicha, jak i na błoniach jak i w każdym miejscu, w którym w ciągu dnia przebywał. Nocą zabezpieczał drzwi zaklęciem obawiając się, że któraś będzie próbowała się do niego zakraść a on wybudzony ze snu od razu ją zabije zapominając gdzie jest. Najbardziej we znaki dawała mu się jednak Lidia, której nienawidził ponad wszystko. Rodzice dziewczyny byli zagorzałymi fanami Czarnego Pana, służyli mu od początku i pragnęli jego powstania. Po wojnie udało im się uniknąć Azkabanu przekonując Ministerstwo, iż zmuszano ich do tego pod pozorem zamordowania dzieci. Malfoy nie wiedział dokładnie, w jaki sposób udało im się wyłgać, ale zachowali wolność i majątek. Lidia Ellias była wszędzie. Podobnie jak jej koleżanki dokładnie znała miejsca, w których Draco przebywa i uporczywie za nim chodziła, nie przerażały jej jego lodowate spojrzenia i nieuprzejme odpowiedzi. Tłumaczyła sobie, iż chłopak ukrywa swoje zainteresowanie, aby nie wzbudzać sensacji. Zirytowany jej monologiem o stroju, który zamówiła na bal odrzucił widelec na niedojedzony obiad i silnym krokiem wyszedł z Wielkiej Sali.


   Potrzebował miejsca, w którym nikt go nie znajdzie. Jesień powoli dawała się we znaki i uczniowie coraz więcej czasu spędzali w murach szkoły. Długo głowił się nad tym, gdzie w tej cholernej szkole może zaznać samotności, ale odpowiedź na jego zapytanie pojawiła się sama, kiedy przed oczami ujrzał młodą Gryfonkę lewitującą nad sobą grube księgi oprawione w skórę.


   Hermiona ograniczała kontakt ze znajomymi do posiłków, przerw między zajęciami i wieczorów w Pokoju Wspólnym. Te ostatnie też czasami omijała wkradając się do dormitorium w momencie, kiedy wszyscy już spali. Prawie codziennie wysyłała długie wiadomości do Rona i Harrego, którzy również starali się utrzymać z nią stały kontakt. Resztę czasu spędzała w bibliotece, w której znalazła idealne dla siebie miejsce na trzecim piętrze przy wielkich globusach i mapach. Właśnie wracała do swojego pokoju, kiedy jej oczom ukazał się wysoki mężczyzna w szarej koszuli. Draco Malfoy z zimną obojętnością patrzył na nią nie zatrzymując się nawet na chwilę. Coś w jego spojrzeniu mówiło jej, iż jego irytacja osiągnęła apogeum, więc nie odzywając się nawet słowem szła dalej licząc na to, że nie dojdzie między nimi do konfrontacji.

-   Gdzie jest biblioteka? - spytał zatrzymując się przed nią. Przez chwilę przyglądała mu się zaskoczona. - Jesteś opóźniona? Pytam o coś.

-   Wyglądam na mapę? - rzuciła zaciskając pięść.

-   Nie Granger, mapa bywa przydatna. - odparł uśmiechając się perfidnie.

-   Grzeszysz kulturą Malfoy. - zironizowała.

-   Jesteś tu sama, lepiej nie zaczynaj z kimś, kto może cię skrzywdzić. - zagroził.

-   Miałeś wiele okazji, żeby to zrobić. - poprawiła delikatnie okulary. - A biblioteka jest na dachu szkoły, w dodatkowym budynku. - dodała odwracając się od młodego mężczyzny.

    Stał przez chwilę przyglądając się oddalającej dziewczynie i lewitującym wokół niej księgom. Zacisnął pięści klnąc cicho, coraz bardziej żałował swojej umowy z Dumbledorem.

   Miał rację, nie zastał ani jednej Ślizgonki w bibliotece. Tak na dobrą sprawę, to poza panią Pince i kilkoma Krukonami nie było tam nikogo. Przechodząc przez ogród wciągał słodkie zapachy krzewów. W oddali ujrzał jakąś parę całującą się przy Sowiarni. Wszystko było tak spokojne, tak beztroskie. Nie potrafił odnaleźć się w tej rzeczywistości. Przeszedł przez wszystkie piętra, aż w końcu znalazł idealne miejsce dla siebie, wśród map i globusów.


Azyl




     Pierwsze dni nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa były dla uczniów czymś w rodzaju podróży w nieznane. Poszukiwania sal, zapoznawanie się z nowymi korytarzami, spacery po ogrodach wypełnionych magicznymi kwiatami i westchnienia na widok nowego boiska do Quiddicha nie miały końca. Młoda kobieta odziana w czerń nie zwracała na to jednak uwagi. Przechodząc po kamiennych schodach czując, jak jesienny wiatr wdziera się przez okna szukała jedynego miejsca, które pomagało jej uciec od natrętnych myśli. Biblioteka. Zgodnie ze wskazówkami MgGonagall księgozbiory znajdowały się na zielonych tarasach osadzonych na prostokątnym dachu szkoły. Kiedy w końcu wspięła się na szczyt otoczył ją zapach wiśni i róż. 

   To, co ujrzała przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Cały dach Hogwartu był rajem pełnym krzewów i fontann. W oddali majaczyła jej Sowiarnia, wokół której krążyły ptaki. Na samym środku dachu stała prostokątna budowla przypominająca góralski domek. Granger pokręciła głową ponownie zastanawiając się, kto miał aż tyle wyobraźni projektując nowy wizerunek Hogwartu. Przeszła przez kamienną ścieżkę, przy której stało kilka ławeczek i podeszła do drzwi prowadzących ku jej prywatnej ucieczce. Piątkowe zajęcia skończyły się wyjątkowo szybko a słońce świeciło mocno 
na niebie.

   Biblioteka składała się z trzech pięter. Wszystkie otaczały wielki hol, nad którym królował kryształowy żyrandol. Ściany, podłogi, schody i poręcze wykonano z ciemnego, błyszczącego drewna. W holu stało parę ław z zielonymi lampkami a na końcu swoje miejsce miała pani Pince, schowana za pergaminami. Podniosła głowę słysząc czyjeś kroki, ale widząc Hermionę wróciła do swoich zajęć. Wiedziała, że prędzej czy później młoda kobieta przyjdzie, aby zatonąć w księgach. Granger uśmiechnęła się sztucznie do bibliotekarki i rozpoczęła zwiedzanie nowego miejsca. Znalazła swój azyl.

   Po raz kolejny przelatywał przez metalowe obręcze unoszące się nad boiskiem do Quiddicha.
Po odbudowie dodano mu kilka ciekawych funkcji, w tym ćwiczące zręczność pierścienie, które lewitowały wysoko nad ziemią zmieniając co chwilę swoje ustawienie, aby utrudnić ćwiczącemu graczowi przelecenie przez nie. Młody mężczyzna pomimo upału nie rezygnował pokonując przestrzeń z zastraszającą szybkością. Do momentu, w którym wkroczył ze swoją miotłą na teren boiska nie wiedział, ile emocji i radości da mu dziki lot pod gołym niebem. Na otaczających go trybunach nie było żywej duszy, wszyscy skupili się na wylegiwaniu przy jeziorze, gdzie wieczorem miało płonąć ognisko. Dla niego nie miało to znaczenia, pragnął jedynie ukończyć naukę i rozpocząć życie gdzieś daleko, gdzie nikt go nie zna. Wzbił się wyżej przelatując przez obręcz i nie zmieniając toru lotu wznosił się ku niebu. Nie przejmował się niczym, ani palącym słońcem, ani gwarem dobiegającym z oddali. Był tylko on i jego wolność.

   Zatrzymał się na pewnej wysokości obserwując Hogwart z góry. Musiał przyznać, iż Dumbledore dał się ponieść kreatywności. Cały dach szkoły wyłożono połaciami zieleni a na środku stała chatka z drewna, nie pasująca zupełnie do reszty budynków. Wisiał chwilę w bezruchu analizując wszystko wokół. Nigdy nie był w takim miejscu, przez ostatnie lata jego życie ograniczało się do lochów i mroku, w którym tak lubował się Czarny Pan. Pomimo niezwykłego uroku otoczenia czuł, że całe to piękno tylko mu przeszkadza. Ze swoją dzikością i brutalnością nie pasował do uroczego klimatu uczelni i stada dzieci, które w większości przeczekały wojnę schowane w bezpiecznych miejscach. On żył nią, żył natłokiem mordów i bitew. Przesiąkł tym tak bardzo, że czasami aż tęsknił za wirem walki. Zamknął oczy i rozluźniając ciało pozwolił sobie na swobodne opadanie na miotle. Powietrze omiotło jego ciało, przyjemne ciepło rozchodziło po zmęczonych mięśniach. Świat na chwilę uciekł i do momentu, w którym poderwał się, aby uniknąć spotkania z twardą ziemią czuł coś na pozór szczęścia. Swój azyl.

   Wieczorne ognisko skupiło na sobie uwagę całej szkoły. Na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy, zapach palonego drewna i polnych kwiatów przyprawiał o zawroty głowy. Uczniowie bawili się, śmiali, robili sobie żarty. Gdzieniegdzie zakochane pary spacerowały razem uśmiechając się do siebie. Wśród tego wszystkiego siedziała młoda kobieta, w otoczeniu kilku Gryfonów przyglądała się wszystkiemu, czując że to nie jest jej miejsce. Owszem, radość przyjaciół napawała ją szczęściem, ale ilość ludzi, którzy co chwilę próbowali z nią rozmawiać wypytując o Harrego i Rona, którzy nie wrócili do szkoły zaczynała ją męczyć. Czując, jak głowa zaczyna niebezpiecznie pulsować przeprosiła Ginevrę i Nevilla kłamiąc, że musi znaleźć MgGonagall i spytać ją o kilka rzeczy. Relacja Hermiony i Minevry przypominała kontakt ciotki z siostrzenicą, przez co nie wzbudziła żadnych podejrzeń znikając za krzewami ostropestu.

   Przeszła przez łąkę słysząc, jak gwar rozmów cichnie. Jej oczy skupiły się na niewielkim jeziorze przeciętym hebanowym mostem. Widząc, iż nikogo na nim nie ma przeszła przez kamienną ścieżkę, pokonała połowę długości mostu i usiadła cicho na belkach wiedząc, że nikt jej nie widzi. Zdjęła okulary wycierając szkła o kraniec koszulki, nigdy nie myślała, że będzie skazana na noszenie ich na co dzień. Przydawały się do czytania, jednak w innych sytuacjach wywoływały irytację. W zimie w połączeniu z czapką i szalikiem zakrywały jej cały twarz, przez co czuła się jak jedna, wielka kulka materiału. W lato nos nieprzyjemnie pocił się w miejscach, w których oprawki podtrzymywały się w swojej pozycji. Nałożyła je ponownie na oczy i sięgnęła do kieszeni spodni, w których trzymała listek z tabletkami. Po chwili przełykała dwie czekając, aż uporczywy ból ciała przeminie.

-   Widziałyście Dracona? - usłyszała w oddali dziewczęcy głos. Niedaleko na jeziorze dryfowała mała łódka, w której siedziały trzy Ślizgonki. Aby nie zdradzić swojej pozycji Hermiona zastygła w miejscu.

-   Nooo...nieźle zmężniał. - odparła Roma.

-   Mmm...jestem ciekawa, co kryje się pod jego koszulą. - rozmarzyła się Eleonora.

-   Może niedługo się przekonam. - zaśmiała się Lidia poprawiając długie włosy.

-   Czy my o czymś nie wiemy? - rzuciła jedna z uczennic, na co Lidia zaśmiała się perliście.

-    Dracon miał być jej mężem. - wyjaśniła Eleonora. - Wcześniej, zanim jego rodzice wylądowali w Azkabanie zostali sobie przeznaczeni.

-   O ty szczęściaro! - pisnęła Roma wiążąc swoje czerwone włosy w kucyk. - No ale jak to teraz? W sensie, znieśli obowiązkowe małżeństwa.

-   Głupoty gadasz. - prychnęła Lidia zwężając oczy. - Widzę, jak Dracon na mnie patrzy, gra niedostępnego, ale to tylko kwestia czasu. Zobaczycie, będziemy piękną parą na semestralnym balu.

-   O matulu, macie już suknie na bal? - pisnęła Roma.

-   Niee...może skoczymy w weekend na zakupy? - zaproponowała Eleonora.

-   Ja już mam. - westchnęła blondynka. - W wakacje sam Gustavo Ariacci stworzył dla mnie projekt, czekam tylko na wykonanie.

-   Gust...o dziewczyno! Przecież to największy projektant naszych czasów!


   Hermiona zagryzła policzki czując, że irytująca wymiana zdań między Ślizgonkami przyprawia ją o kolejny ból głowy. Sama nigdy nie przykuwała takiej uwagi do swojego stroju. Nie miała czasu dojrzeć w kwestiach mody i urody, gdyż pochłonął ją wir walki i leczenia ran po utracie rodziców. Pamiętała, że jej mama zawsze wyglądała pięknie a ojciec często chwalił uroki swojej żony, ale ważniejsze dla nich było wykształcenie córki, niż rozpieszczanie jej drogimi strojami. Pokój dziewczyny wypełniały książki i zabawki dla kota, którego straciła w trakcie wojny. Była to kolejna dusza, za którą tęskniła. Dla Granger przywiązanie było zadaniem trudnym i wymagającym czasu, dlatego też kiedy już dopuściła kogoś do swojego serca utratę przeżywała miesiącami. Westchnęła cicho, czując że noc spędzi na mości, bo Ślizgonki wyciągnęły z toreb kremowe piwo i rozgadały się w najlepsze krążąc wokół tematu Malfoya.


    Zmęczony godzinami treningu kierował się w stronę szkoły. Jego dawni przyjaciele nie mieli odwagi wrócić do Hogwartu, więc wizja spędzania czasu ze Ślizgonami przy ognisku nie robiła na nim żadnego wrażenia. Na dodatek w dormitorium czekał na niego stos zadań i ksiąg, z którymi musiał się zmierzyć. Przeszedł przez pustą łąkę i mijając jezioro zatrzymał się nagle. Na wodzie unosiła się łódka z pijanymi w sztok dziewczynami z jego domu, które co chwilę wymawiały jego imię śmiejąc się głupio. Patrzył na nie przez chwilę rozumiejąc, że nie mówią do niego tylko o nim i nawet nie zauważyły skromnej osoby arystokraty. Już miał odejść, kiedy dostrzegł coś jeszcze. Na unoszącym się nad wodą moście siedziała jakaś postać odziana w czerń. Nie potrzebował podejść do niej, aby uświadomić sobie, iż daną osobą jest Granger. Masowała sobie głowę poprawiając co jakiś czas okulary. Wyglądała na zirytowaną i zmęczoną. Do listy jej wad mężczyzna dodał plotkarstwo mylnie interpretując obecność Gryfonki wśród Ślizgonów.

-   Dracon! - usłyszał pisk dobiegający z łódki. Roma machała do niego uśmiechając się szeroko.

-   Cii... - szepnęła Eleonora, która jako jedyna zachowała resztki zdrowego rozsądku, gdyż jej koleżanki już zaczęły wiosłować w stronę brzegu.


   Hermiona podniosła głowę zauważając postać wysokiego blondyna stojącego niedaleko mostu. Następnie skupiła się na dziewczynach, które nie widząc świata poza arystokratą podpływały w jego stronę. Korzystając z okazji podniosła się z miejsca i odeszła w przeciwnym kierunku.





21 lutego 2017

Hogwart




   Po wielkiej odbudowie Hogwart wyglądał zupełnie inaczej, co młoda Gryfonka przyjęła z ogromną ulgą. Obawiała się, iż wracając do tego miejsca wrócą jednocześnie bolesne wspomnienia. Tyle złego spotkało jej kochaną szkołę, tyle mroku zasiedliło się w murach Szkoły Magii. Westchnęła cicho lustrując uważnym spojrzeniem konstrukcję. Przed nią rozpościerała się prostokątna budowla niepojętnych wymiarów. Dawną cegłę zastąpiły białe ściany ze złotymi zdobieniami. 
Wszędzie widziała piękne kolumny i przejścia między piętrami, barwne witraże zdobiły ogromne okiennice. Szkoła bardziej przypominała arabskie królestwo, niż brytyjską uczelnię. Dawne strzeliste wieże zniknęły a na ich miejsce pojawiły się ogromne tarasy wypełnione połaciami zieleni sięgające nieba. W jednym złączeniu ścian szkoły widniała niewielka wieża z okrągłą, złotą kopułą, 
z której co jakiś czas wylatywały sowy. Obok białych murów dostrzegła jezioro z wielkim drewnianym mostem zabudowanym wiatą. Szare łabędzie pływały spokojnie po tafli wody a letnie kwiaty kołysały się delikatnie na wietrze. Westchnęła po raz kolejny urzeczona owym widokiem. 
Dalej rozpościerało się boisko do Quiddicha, osobny blok do zajęć z astronomii ozdobiony gwiezdnymi konstelacjami, ogród pełen magicznych roślin i drobnych, magicznych stworzeń, 
które poznała na zajęciach u Hagrida. Ostatnim elementem dopełniającym szkołę była stajnia wypełniona dźwiękami rżenia koni i odgłosów Teastrali, za którą rozciągały się zielone łąki. 
Z głośno bijącym sercem kierowała się do wielkiego wejścia do Hogwartu, które otoczone zostało złotym napisem: Nawet w najmroczniejszych czasach można ujrzeć światełko nadziei.
Przyglądała się pięknym słowom słysząc wręcz, jak Dumbledore wypowiada je każdemu, 
kto zwątpił. Uśmiechnęła się delikatnie i weszła do środka.


   Nie spodziewał się tego. Nawet na nim, człowieku, który nie widzi piękna w żadnym geście, 
żadnej chwili swojego życia - widok szkoły wywołał emocje. Chłonął nowe otoczenie skupiając się na każdym elemencie, jakby tworzył raport na misji. Po przekroczeniu wejścia do Hogwartu jego oczom ukazała się spora grupa uczniów, równie mocno jak on skupiona na budynku. 
W oddali ujrzał kilku Ślizgonów ze swojego roku, nie przepadał za nimi, ale i tak skierował 
swoje kroki w ich kierunku. Przywitał się z mieszkańcami swojego domu lekkim skinieniem głowy i z zimną obojętnością czekał na otwarcie Wielkiej Sali.

-   Hermiona! - spojrzał w bok.

   
    Przez tłumy przeciskała się rudowłosa dziewczyna biegnąc w stronę wejścia do szkoły. Podążył za nią wzrokiem zatrzymując się na obrazie chudej Gryfonki. Granger wyglądała jak cień człowieka. Wychudzona, wątła, blada. Jej kiedyś lśniące włosy  spięte w kok na czubku głowy nie przyciągały uwagi a wielkie okulary zawieszone na nosie dodawały jej lat. Cała w czerni bardziej przypominała zjawę, niż żywą istotę. Prychnął widząc, jak uśmiecha się sztucznie. Nie dość, że okrzyknięto ją bohaterką, to jeszcze dostała tytuły, pieniądze i ustawioną przyszłość. Najwyraźniej bycie częścią Złotego Trio podniosło jej oczekiwania do niemożliwego poziomu, skoro nie potrafiła cieszyć się życiem. Odwrócił wzrok od dziewcząt czując, jak rośnie w nim irytacja. Kiedyś to on był uważany za kogoś wspaniałego. Ludzie bali się go i szanowali. Sam nigdy nie wierzył w Czarnego Pana i nie chciał dołączyć do jego elity morderców, ale wychowanie Narcyzy i Lucjusza nauczyło go kłamać i łgać. Rozróżniał dobro i zło, jednak nie odczuwał ich tak mocno jak inni. Potrafił jednym ruchem różdżki pozbawić kogoś życia i nie zastanawiać się nad wartością swoich zachowań. Z drugiej strony, przez ostatni rok, kiedy przechodził swojego rodzaju terapię - pewne rzeczy uległy zmianie.
Hałas roześmianych głosów przycichł, kiedy drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się z głośnym skrzypnięciem.


   Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Wielka Sala z gotyckiego pomieszczenia pełnego cegieł zmieniła się w łąkę, na której ustawiono długie stoły domów. Wokół unosił się kojący zapach kwiatów, na których dziewczyna dostrzegła małe wróżki i świetliki. Pod sufitem rozciągało 
się gwieździste sklepienie, co tylko dodawało magii całej sytuacji. Na końcu polany stali nauczyciele lustrując przybyłych uczniów. Za nimi rozciągała się kolejna ława.

- Jesteśmy w niebie... - szepnęła Ginevra zwracając się do starszej przyjaciółki.
- Mhm... - mruknęła nie wiedząc, jakimi słowami może to wszystko opisać, chociaż niebo na pewno wyglądało inaczej.


   Po ceremonii przydziału Dumledore wstał szykując się do przemówienia. Rozejrzał się po swoich uczniach i Gryfonka dostrzegła u niego dziwną nostalgię, kiedy zatrzymał swój wzrok na miejscu, przy którym przez lata dziewczyna spędzała czas z Harrym i Ronem. Sama również odczuwała 
ich brak, wielu z jej znajomych powróciło do szkoły na nowy rok, ale prawda jest taka, 
że ani Neville, ani Ginevra nie byli w stanie zastąpić jej tych dwóch urwisów, których traktowała 
jak braci. Westchnęła cicho zawieszając spojrzenie na pucharze z sokiem dyniowym. Do jej umysłu powoli powracały wspomnienia. Poznanie w pociągu, niechęć chłopców do jej przestrzegania zasad, walka z górskim trollem...tyle lat minęło, tyle radości, smutku, szczęścia i cierpienia. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego przez całe życie doznawała tak silnych i sprzecznych emocji. Jakby świat uczył ją jak przetrwać. W oddali słyszała ciepły głos dyrektora szkoły, który witał wszystkich uczniów 
i opowiadał o tym, jak nauczyciele przyłożyli się do odbudowania Hogwartu. 
Nie słuchała.  Przed oczami miała obraz rodziców. Zawsze starała się uciekać od rozmyślań 
na ich temat, bo wiedziała, że już przepłakała za dużo i kolejne łzy tylko ją pogrążą. 


-   Hermiona. - usłyszała głos swojej przyjaciółki. - Przemówienie się skończyło.

-   Było piękne. - skłamała szatynka zauważając, że stoły zostały już nakryte

-    Patrzcie na stół Ślizgonów. - szepnął Neville nakładając sobie kurczaka. Dziewczyny skierowały tam swoje spojrzenia.


   Siedział wśród Ślizgonów zastanawiając się, jak to możliwe, że dzieci Śmierciożerców wróciły do Hogwartu. Znał wszystkich. Większość z ochotą rzuciłaby Avadę na Dumbledora. Po raz kolejny uznał, iż stary dyrektor postradał zmysły zezwalając na przyjęcie tych ludzi pod swoje skrzydła. Cieszył się, iż nikt nie wiedział o jego udziale w obaleniu Czarnego Pana, bo nie dożyłby poranka. Draco Malfoy był niebezpieczny, cyniczny i władał magią tak silną i mroczną, że każdy, kto z nim zadarł mógł szykować sobie mogiłę. Pomimo tego potrafił ocenić sytuację na zimno. 
Gdyby cały dom Ślizgonów natarł na niego, to w końcu by poległ. Reszta uczniów najwyraźniej nie do końca zdawała sobie z tego sprawę, gdyż nikt nie ważył się podnieść na niego wzroku. Młody mężczyzna przełknął kolejny kęs dziczyzny, gdy poczuł, że ktoś go obserwuje. Natychmiast spojrzał przed siebie. Para ciemnych oczy przyglądała mu się z zacięciem. Granger. Posłał jej chłodne spojrzenie, ale dziewczyna nic sobie z tego nie zrobiła, pokręciła tylko głową wracając do rozmowy z przyjaciółmi.  

20 lutego 2017

Początek

Jest pierwszy rozdział! Mam nadzieję, że całe opowiadanie przypadnie Wam do gustu. Człowiek uczy się na błędach, tak więc na początku na pewno będzie ich sporo. Miłego czytania!





   Wojna o Hogwart dobiegła końca. Poległo wielu, ocalało również. Chociaż czas płynął ujawniając nowe fakty, czarodzieje dalej pogrążali się w żałobie za bliskimi. Prorok każdego dnia rozpisywał
się o tym, jak to Złota Trójca z Gryffindoru oraz Zakon Feniksa uratowali świat, chociaż przed wojną nikt nie chciał wierzyć w powstanie Czarnego Pana. Oni jednak wiedzieli, że jego czas nastał i życie każdego, kto nie należał do Śmierciożerców, zawisło na włosku.
Wśród młodych czarodziei i czarownic znajdowała się dwójka niezwykłych osób, które pomimo brzemienia, jakie niosły na swoich plecach od dnia narodzin, przeciwstawiły się losowi i w pewien sposób wygrały z klątwą, która unosiła się nad nimi, niczym Dementor nad ofiarą.


   Młoda Gryfonka nie wiedziała, jak potoczy się jej życie. Była już dorosła i sama musiała decydować o swoim losie. Siedząc w przedziale pociągu kierującego się w stronę Hogwartu, przetwarzała słowa dyrektora szkoły, który po roku odbudowywania placówki oraz wdrażania planów dla Ministerstwa Magii osobiście pojawił się w mieszkaniu, które wynajmowała,
aby zaprosić ją na ostatni rok zajęć. Mogła odmówić i z racji na wszystko, co działo się wcześniej dostać dokument potwierdzający, iż zakończyła swoją edukację i spokojnie może podjąć się
pracy w świecie magii, lub wyrazić zgodę na dalszą naukę i lepsze wyniki na egzaminach końcowych. Widzicie, świat magii rządzi się innymi prawami. Ważne jest w jaki sposób władacie magią i zdobytą wiedzą. Dlatego też część uczniów z rocznika młodej damy odmówiło kontynuowania zajęć zadowalając się miernymi wynikami na pergaminach, które dostali w zamian za udział w wojnie. Wśród nich znalazł się oczywiście Ron, dla którego książki nigdy nie były ciekawym tematem. Wielkim zaskoczeniem okazał się Harry, który również zakończył naukę w Hogwarcie. Hermiona próbowała przemówić młodym mężczyznom do rozumu, oni jednak jednogłośnie przyznali, iż wolą zająć się likwidowaniem Śmierciożerców, którzy uciekli do swoich kryjówek, niż wynikami w nauce. Szybko dołączyli do młodych Aurorów i wyjechali w świat.
   
    Na początku dziewczyna chciała im pomóc, jednak stan jej zdrowia nie pozwalał na dalszą walkę. Poddała się po tygodniach prób i obiecała sobie, że nigdy więcej nie wróci do tego, co ją spotkało.
Nie mogąc jednak spać, nawiedzana wspomnieniami tortur i martwych twarzy bliskich jej osób, odnalazła swoje miejsce w świecie pełnym zjaw, demonów i postaci, które mroziły krew w żyłach. Była to jej prywatna sfera, tajemnica, o której nikt nie wiedział. Wystarczyło, iż raz na jakiś czas wysyłała sowy do znajomych, w których opisywała dni spędzane w księgach, co może i nie do końca mijało się z prawdą. W końcu, egzorcyzmy zapisane na papierze też można zaliczyć do wieczornej lektury. Tak, czy inaczej - nikt nie wtrącał się w życie młodej czarownicy.

    Westchnęła cicho wpatrując się w wieczorny obraz lasów, które mijała. Bała się nocy. Noc była ciemna i mroczna, co za bardzo przypominało jej o pustych oczach wrogów. Otuliła się mocniej kocem ściskając różdżkę w dłoni. Nie ruszała się bez niej nigdzie, nawet pod prysznicem trzymała ją blisko siebie, aby w razie zagrożenia móc się bronić. Często wydawało jej się, że ktoś ją śledzi, ktoś obserwuje. Zawsze okazywało się, że to jedynie jej wyobrażenia. .

    Młody mężczyzna odziany w czerń siedział w przedziale pociągu linii Londyn – Hogwart beznamiętnie wpatrując się w puste siedzenia przed sobą. Jeszcze dwa lata wcześniej otaczali go przyjaciele i znajomi z domu węża. Blaise gadał pierdoły o dziewczynach, które poznał w wakacje, Edmund tonął w księgach prychając co jakiś czas, kiedy Diabeł opisywał wdzięki niejakiej Heleny, Pansy niby przypadkiem nachylała się co chwilę w stronę Dracona ukazując głęboki dekolt. Crabbe
i Goyle majstrowali coś z magicznymi fasolkami śmiejąc się tubalnie, kiedy któryś złapał zębami fasolkę w locie. Nie byli grzeczni, ani mili. Typowi Ślizgoni, przepełnieni zgubnym poczuciem,
iż świat należy do nich. Z ochotą znęcali się nad młodszymi uczniami i dogryzali tak zwanej Świętej Trójcy, która dla niego była niczym innym, jak bandą kretynów bawiących się w bohaterów.
Po wojnie niewielu Ślizgonów zgodziło się wrócić do szkoły, wiedząc jak będą traktowani przez uczniów innych domów. Młodzieniec również nie był pocieszony całą sytuacją, ale wiedział też,
iż ze swoim nazwiskiem musi ukończyć Hogwart z lepszymi wynikami, niż mierne. Westchnął głęboko, ściskając w dłoni różdżkę. Widział tyle zła i mroku w swoim młodym wieku, że nie rozstawał się z owym kawałkiem drewna, jakby zaraz miał ujrzeć światło lecącego w jego stronę zaklęcia. Gdyby tylko świat wiedział, kim na prawdę był Draco Malfoy...