Hej Wam!
Przepraszam wszystkich, którzy czytają mojego bloga, za tak długi okres oczekiwania. Prawie cały czas siedzę w pracy, do tego dopiero wróciłam z wakacji i za chwilę znowu porwie mnie praca.
Standardowo, pewnie pojawiło się wiele błędów, ale uwierzcie, bardzo starałam się przy tym rozdziale. W następnym wyjaśni się wiele + powinien pojawić się do końca miesiąca. ;) <3
Śnieg obficie raczył niewielkie
uliczki małego miasteczka, czyniąc je ziemią bez życia. W
opustoszałych domach wiatr gwizdał straszne melodie, wydmuchując
kurz na zimną zamieć. Dziurawe dachy i wybite okna potęgowały
uczucie smutku i żalu, jakby pamiętały straszne i niegodziwe
rzeczy. Blada poświata księżyca odbijała się od bieli kobierca
tworząc srebrzyste iskry, które raz na jakiś czas unosiły się
wraz z wiatrem. Nie to jednak wywoływało największe obawy, o nie.
To, co mroziło krew w żyłach – to cisza. Niczym niezmącona,
głucha cisza, świadcząca o braku jakiegokolwiek życia...a może
nie? W jednej z opuszczonych chatek bowiem działo się coś
niezwykłego.
Zaalarmowani dziwnymi dźwiękami
dobiegającymi z końca pokoju, natychmiast złapali różdżki,
celując nimi w owym kierunku. Pomimo, iż wcześniej unikali
stosowania magii, to nadal znajdowali się w odludnym miejscu, o
którym nic nie wiedzieli. Merlin jeden raczył wiedzieć, jakie
kreatury mogły go zamieszkiwać. Kurz pokrywający całą podłogę
uniósł się, czyniąc dziwny taniec, jakby formował się od
początku i zmieniał formę. Następnie pomieszczenie rozjaśniało,
niczym rozbłysk gwiazdy. Młodzi czarodzieje zakryli oczy ramionami
nie będąc w stanie patrzeć na owe zjawisko. Poczuli ciepło,
następnie zapanowała znana im już ciemność...
- Nie mogę ci nic obiecać. -
odparł mężczyzna, opierając się o drewnianą ławę.
- Jak to nie możesz? Po tym
wszystkim?! - warknęła zła. - Nawet nie wiesz, ile zrobiłam dla
was wszystkich.
- Wiem i doceniam to, ale mam
swoje rozkazy. Muszę ich przestrzegać. - westchnął.
- Jasne. - prychnęła. - Cały
czas to słyszę. Mam ci przypomnieć, że dzięki mnie nadal
żyjesz?
- Nie musisz, wiem co dla mnie
zrobiłaś i powtarzam, że to doceniam. - mruknął mniej
przyjaźnie. - Jednak to, o co mnie prosisz...zrozum Hermiono,
igranie z życiem i śmiercią nigdy nie przynosi nic dobrego.
- Dość. Jeżeli nie chcesz mi
pomóc, dobrze. Nie waż się jednak mi przeszkadzać. - odparła
chłodno wstając.
- Co chcesz zrobić? - zapytał
zaskoczony.
- To już nie twoje zmartwienie,
Castielu. - powiedziała wychodząc z jadalni Zakonu Feniksa.
Było jej ciepło i
wygodnie. Wiedziała, iż śpi, jednak od dawna nie miała tak
spokojnej nocy, przez co ostatnim, o czym marzyła była pobudka. Nie
chcąc tracić tej niezwykłej chwili przytuliła się mocniej do
poduszki, która ogrzewała ją, niczym słońce. Mruknęła sama do
siebie wyobrażając sobie słoneczne promienie oplatające jej
ciało. Niezmącona cisza, wręcz kusiła do ponownego zagłębienia
się w sen, co z ochotą zrobiła. Wciągnęła głęboko powietrze,
czując jak jej myśli znów odpływają a ciało ponownie się
rozluźnia. Do tego rytmiczny oddech w jej włosach wybijał idealny
rytm...oddech? Podniosła się jak poparzona rozglądając wokół.
Pomimo mroku oczy zapiekły ją od szybkiej pobudki. Przypomnienie
sobie, gdzie jest, zajęło jej dosłownie sekundę.
- W końcu. -
usłyszała. Spojrzała w kierunku drzwi, gdzie z wielką księgą
siedział jej towarzysz niedoli.
- Co? - mruknęła
zdezorientowana.
- Długo spałaś.
- rzucił niezadowolony. - Osobiście chciałem cię obudzić, ale
znaj moją łaskę.
- Malfoy, co się
stało? Dlaczego ja...
- Zaraz sama się
przekonasz. - przerwał dziewczynie, odkładając gruby tom. -
Ogarnij się i zejdź do kuchni. - dodał wstając. Po chwili już
go nie było a ona została sama, dalej czując wspomnienie oddechu
na swoim ciele, którego pochodzenia nie znała.
Kuchnia, tudzież
to, co z niej zostało, wypełniła się zapachem kawy, co Gryfonka
przyjęła ze zdziwieniem. Dalej miała mętlik w głowie, ale
obiecała sobie, iż doprowadzi się do ładu i składu, nie dając
już Malfoy'owi powodów do drwienia z niej. Zeszła po schodach
rozglądając się wokół. Z zaskoczeniem zauważyła, iż poza
blondynem w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze dwie osoby.
Wszyscy odwrócili się w jej kierunku, kiedy tylko stanęła przy
framudze. To, co ujrzała, zaparło jej dech w piersiach.
- Panna Granger.
- mruknął czarnooki mężczyzna.
- Profesor
Snape? - szepnęła zaskoczona, po czym spojrzała na drugą osobę.
- Syriusz?
- Witaj
Hermiono. - uśmiechnął się do niej ciepło. - Dobrze widzieć
cię całą.
- Co...jak? -
skupiła swoją uwagę na Draconie, doszukując się podstępu.
Zmarli nie wracają tak o zza grobu, dobrze o tym wiedziała.
- Przewodnicy. -
odparł zdawkowo. W jego spojrzeniu dostrzegła coś dziwnego, jakby
ostrzeżenie.
- W jaki sposób?
- spytała tym razem skupiając się na nowych twarzach.
- Ciężko to
określić... - zaczął Syriusz, jednak jego wypowiedź natychmiast
uciął drugi mężczyzna.
- Panno Granger,
czy aby na pewno zachowała pani rozwinięty umysł? Zawsze w niego
wątpiłem, ale teraz jestem prawie pewien, że pani poziom
inteligencji to jedynie plotki. Wracając do pytania, jesteśmy tu
przez was. - powiedział złośliwie. Dziewczyna słysząc ten
dobrze jej znany sarkazm i ironię miała już sto procent pewności,
iż przed nią stoi prawdziwy Nietoperz.
- Na jakiej
zasadzie? - ciągnęła dalej.
- Nie wiem, jak
Black, ale mnie ściągnęła więź z Draco. - odpowiedział. -
Jesteśmy rodziną, krew to krew.
- Severusie,
niby taki bystry a nie wiesz, że nie tylko więzy krwi mają
znaczenie w świecie magii. - zaśmiał się Syriusz kręcąc głową.
- Hermiona, Harry i Ron byli dla mnie jak prawdziwa rodzina. Dlatego
tu jestem. Wiemy o waszym zadaniu i postaramy się pomóc.
- Jak niby macie
to zrobić? - spytał blondyn spokojnie. - Nie powiecie mi, że
czytaliście sobie bajki na dobranoc.
- Jesteśmy
duchami. - mruknął Snape. - Duchom łatwiej jest uzyskać
informację i nie rzucać się w oczy.
- Gdzie w takim
wypadku jesteśmy?
- Kiedyś była
to kraina Królewny Śnieżki... - odparł Black ponuro.
Przemierzali
ośnieżone ulice kryjąc się w cieniu budynków. Sam fakt, iż na
śniegu pozostawały ślady, których nie byli w stanie cały czas
tuszować budził w nich niepokój. Ich Przewodnicy rozmyli się w
powietrzu, aby nie utrudniać młodym czarodziejom drogi. Skupieni na
własnych rozmyślaniach nie odezwali się do siebie słowem, trawiąc
wszystko, czego zdążyli się dowiedzieć od Severusa i Syriusza.
Według duchów całą krainę baśni okryła wieczna zima, przez co
wielu musiało ukryć się w lasach, uciekając przed złem, jakie
niosła za sobą rozwinięta cząstka Voldemorta. Jak wygląda owa
cząstka – nie wiedzieli, bliski kontakt z nią mógł odesłać
ich do krainy dusz. Pewnym było jedno, uratowanie świata baśni
mogło okazać się trudniejsze, niż na początku się wydawało.
Zgodnie z zaleceniami Przewodników, wyruszyli w kierunku Mrocznego
Lasu, w którym Severus widział wcześniej ślady krasnoludów.
Zgodnie z baśnią, tam gdzie krasnoludy, tam też sama Śnieżka.
Kiedy w końcu wydostali się z umarłej doliny, dziewczyna obróciła
się za siebie, omiatając wszystko wzrokiem. W swoim krótkim życiu
widziała wiele, jednak obraz świata, który w dzieciństwie był
dla niej ucieczką od rzeczywistości, zniszczonego i opuszczonego –
bolał. Zagryzła policzki i ruszyła w dalszą drogę, zbijając
wzrok w plecy swojego towarzysza, który nawet nie zwracał uwagi na
jej osobę.
- Co zrobimy,
kiedy ich znajdziemy? - szepnęła wyrównując swój krok z młodym
mężczyzną.
- Wyciągniemy
informacje. - odparł surowo. Dostrzegła w jego oczach irytację.
Wbrew pozorom,
nawet on wiedział, iż krasnoludy należą do jednej z najbardziej
upartych ras na świecie. Czy te bajkowe, czy te prawdziwe –
musiały być w tej kwestii takie same.
- Nie jesteśmy
tu po to, żeby z nimi wojować. - zauważyła.
- Czasami
inaczej się nie da.
- Daj spokój. -
westchnęła zatrzymując się na chwilę. - Nie uważasz, że i tak
już dużo wycierpieli? Pamiętasz, jak Stefan stwierdził, że
minuta naszego czasu, to jak godzina tutaj?
- Przelicz sobie,
ile to dla nich nasz rok. - blondyn zmierzył ją uważnym wzrokiem.
- Mogli walczyć
o swoje. - powiedział chłodno, po czym ruszył dalej.
- Może
walczyli. - szepnęła bardziej do siebie, niż do niego.
- Bezskutecznie
w takim wypadku. - burknął. No tak. Malfoy i jego niezawodny
słuch.
Przez resztę drogi
milczeli, skupiając się na podążaniu w odpowiednim kierunku.
Hermiona czuła, jak natarczywy ból głowy powraca, licząc, iż
chłopak jest zajęty własnymi myślami sięgnęła do sakiewki i
wyciągnęła z niej tabletki. Malfoy zauważył to od razu, jednak
nie dał po sobie poznać, iż ukradkiem obserwuje jej ruchy. Sama
wpakowała ich w ową misję i za każdym razem, kiedy to sobie
przypominał, miał ochotę rzucić w nią jakimś nieprzyjemnym
zaklęciem. Odnajdując odpowiednią lokację, zatrzymał się w
końcu rozglądając wokół.
- To tutaj. -
odparł. - Dolina Krasnoludów.
Przed nimi
rozpościerała się zniszczona i zasypana pyłem przepaść, w
której można było dostrzec zgliszcza niskich budynków i wypalone
pola. Najwyraźniej wydzielała ciepło, gdyż śnieg topił się w
niej tworząc błoto. W oddali widniały zardzewiałe sprzęty
służące do wydobywania kruszców z ziemi. Zardzewiałe, połamane
i wysokie tworzyły obraz wręcz post apokaliptyczny.
- Co tu się
stało? - szepnęła szatynka.
- Smoki. -
usłyszeli obok siebie głos Syriusza. - Tak bardzo nagrzały grunt,
że dalej wydziela ciepło. Lepiej tam nie schodzić.
- Skoro
widzieliście ślady krasnoludów, to gdzieś muszą być. -
zauważyła.
- Severus
sprawdza okolicę. - odpowiedział duch lustrując wszystko
wzrokiem.
- Syriuszu... -
zwróciła się do mężczyzny. - W czym pomoże nam odnalezienie
Śnieżki? To tylko księżniczka, nie wojownik.
- Zdziwiłabyś
się - zaśmiał się cicho. - Bajki nie pokazują wszystkiego, mają
przekazywać moralne prawdy dzieciom. Jak myślisz, Hermiono? Czy
dla pięciolatki waleczna księżniczka, władająca mieczem i
łukiem, to idealny przykład? Śnieżka w prawdziwym świecie...w
sensie w tym, to przywódczyni armii. Była szkolona od maleńkości,
aby prowadzić własne oddziały i bronić swojego kraju.
Granger poprawiła
swoje wieczne okulary, trawiąc nowe informacje. Im dłużej
przebywała w tym wymiarze, tym więcej faktów mijało się z
wiedzą, którą posiadała. Do tego ponure obrazy otoczenia i
posępny charakter jej towarzysza zdecydowanie utrudniały operację.
- Nic nie
znalazłem. - obok nich zjawił się Severus. - Śnieg wszystko
zakrył.
- Świetnie. -
mruknął Malfoy, pocierając skroń. - Dobra, rozdzielmy się. Wy i
tak nic nie możecie zrobić, jesteście duchami. - mówiąc to,
wskazał na Przewodników. - Granger, mówiłaś kiedyś, że umiesz
o siebie zadbać, wykaż się. - dodał, nie patrząc w kierunku
dziewczyny.
- Jak chcesz. -
odpowiedziała spokojnie.
- Chcę. -
mruknął. - Jeżeli w przeciągu godziny nic nie znajdziesz, wróć
tutaj i idź na północ. - dodał, odwracając się do niej tyłem.
- Uroczy... -
prychnął Syriusz, lewitując za Hermioną. Snape natomiast
pozostał w miejscu, obserwując odchodzącego blondyna.
Minął kolejne
połacie nagich drzew, skupiając się na poszukiwaniu śladów.
Zdecydowanie, praca w pojedynkę była tym, w czym odnajdywał się
najlepiej. Nie lubił pozwalać innym na podejmowanie decyzji, nie
potrafił też akceptować kompromisów. Obecność duchów, oraz
Granger wyprowadzała go z równowagi. Wolał już stawić czoło
wrogom sam, niż co chwilę oglądać się na dziewczynę, która w
jego oczach – była zwykłym celem, który łatwo trafić.
Zatrzymał się na chwilę, czując, iż ktoś go śledzi. Od
dłuższego czasu miał takie odczucie. Odłożył plecak na
ośnieżoną ziemię i schylił się, niby poprawiając sznurówki w
traperach. Tak naprawdę – nasłuchiwał. Nie minęła sekunda, a
obserwator pojawił się za nim, chcąc zaatakować. Malfoy obrócił
się natychmiast, wyciągając przed siebie różdżkę. Jego oczom
ukazał się wysoki na dwa metry stwór, w długiej, czarnej szacie,
która powiewała złowrogo na wietrze. Zamiast twarzy z kaptura
wystawała mu metalowa maska, z wyrytymi inicjałami oraz dziurami w
miejscu, w którym powinny być oczy.
- Bombardo! -
szepnął Draco, chcąc ogłuszyć przeciwnika.
Zaklęcie przeniknęło przez stwora i rozmyło się w otoczeniu.
Ślizgon zaklął cicho, odsuwając się od postaci, która powoli
zmniejszała dystans między nimi.
- Crucio! - warknął.
Po raz
kolejny zaklęcie jedynie przemknęło przez czarną szatę
przeciwnika. Blondyn odskoczył w bok, licząc, iż potwór ma jakiś
słaby punkt, który wystarczy trafić. Kolejno z jego różdżki
wydobywały się różnej barwy światła, niosące ze sobą
śmiertelne zaklęcia. Stworzenie nagle zaczęło się rozrastać,
jakby rozpościerało szaty i próbowało zakleszczyć Malfoy'a w
swoim objęciu. Po raz pierwszy od dawna, waleczny młodzieniec nie
wiedział, co zrobić. Bez magii pozostaje mu tylko walka wręcz, ale
na zjawie nie powinna zrobić większego wrażenia. Sięgnął do
sakiewki, licząc, iż zdąży wyjąć z niej miecz, który zdobył
wygrywając zakład z jednym olbrzymem z Cann, jednak przeciwnik
ruszył na blondyna z zawrotną prędkością, udaremniając mu
szansę na obronę. Spod poszarpanego materiału wyłoniły się
kościste dłonie, sięgając rozbrojonego chłopaka. Jeszcze chwila,
sekunda dosłownie, a Ślizgon poczuje smak śmierci. Tym razem –
własnej. Powietrze
przyszył huk, Zmora w połaciach szarego dymu rozmyła się,
ukazując za sobą młodą Gryfonkę z wyciągniętym pistoletem.
- Ruszaj się! - krzyknęła do blondyna, biegnąc w jego kierunku.
- Jak
to zrobiłaś?! - wrzasnął, ruszając za nią.
- Później
ci powiem, zaraz pewnie wróci!
Jak na
zawołanie, przeciwnik pojawił się przed nimi. Hermiona była już
na to przygotowana i ponownie wycelowała w głowę zjawy, strzelając
z głośnym hukiem. Upiór rozmył się w powietrzu. Biegli przed
siebie, nie wiedząc tak naprawdę, gdzie mogą się ukryć. Co jakiś
czas potwór zaskakiwał ich z coraz to innej pozycji a szatynka
liczyła w głowie naboje, licząc, iż uda jej się przeładować
magazynek przed kolejnym atakiem.
- Musimy
jakoś ją pokonać! - warknął Malfoy.
- Zabijesz
ją, jedynie przez spalenie zwłok. Sory! Nie wiem, gdzie do cholery
są! - wrzasnęła skacząc z wielkiej zaspy i strzelając w
wyłaniającą się nad nimi zjawę.
- Idiotko!
Zaklęcie namierzające!
Dziewczyna
nie miała czasu, aby mu odpyskować za obrazę. W ostatniej chwili
przeładowała magazynek i prześlizgując się pod wysokim konarem
strzeliła w przeciwnika, który wyskoczył na nich zza drzew. W tym
czasie jej towarzysz szeptał zaklęcia, których nie znała. Różdżka
blondyna zawirowała nad jego głową i pognała na południe.
Ruszyli za nią otoczeni jedynie gęstwiną łysych, czarnych drzew
oraz odbijającym się od grubego śniegu księżycem. Nie zwracali
uwagi na hałas, jaki wydawał pistolet Granger. Za każdym razem,
kiedy trafiła w odpowiedni punkt, Malfoy doznawał mieszaniny
zazdrości i podziwu. Nie wiedział, skąd dziewczyna nauczyła się
tak dobrze strzelać, oraz w jaki sposób działa jej broń, skoro
opóźnia ataki zjawy. Liczył się tylko fakt, iż w oddali różdżka
migotała czerwonym światłem, wskazując cel, do którego dążyli.
Hermiona przeładowała pistolet i strzeliła tuż nad głową
blondyna, który zmroził ją wzrokiem.
- Uważaj,
gdzie celujesz – warknął.
- Kop,
zamiast gadać, blondi. Trzeba spalić zwłoki – mruknęła.
- Jeszcze
słowo, a zajmiesz ich miejsce.
Malfoy
znowu porwał różdżkę i zwyczajnie zaczął wysadzać ziemię pod
nimi. Kiedy jego towarzyszka o mało nie straciła równowagi z
powodu łamiącego się w ich kierunku drzewa, usłyszała zaklęcie
zapalające. Odskakując od wielkiego konara poleciała w tył,
wpadając na blondyna, który złapał ją, utrzymując w pionie.
Zjawa pojawiła się przed nimi, jednak nie przypominała już upiora
z koszmarów. Ich oczom ukazała się mała dziewczynka z zapłakanymi
oczami. Hermiona przyglądała jej się chwilę, po czym zaczęła
szeptać w nieznanym Ślizgonowi języku. Nie minęła sekunda, a
duch rozjaśniał białym blaskiem i znikł w przestrzeni.
- Co
to, do cholery, było? - mruknął złowieszczo, mierząc szatynkę
ostrym spojrzeniem.
- Złośliwy
duch. - odpowiedziała spokojnie.
- Co
takiego?
- Złośliwy
duch, Malfoy. Istnieje teoria, że jeżeli dusza po śmierci ciała
nie przejdzie dalej, to pozostaje zamknięta na ziemi. Nie może za
bardzo oddalić się od miejsca pochówku, z czasem zaczyna tracić
zmysły i zamienia się w zmorę. Naboje naładowałam solą,
zatrzymuje na chwilę duchy i kilka innych Nadprzyrodzonych, ale nic
nie daje na dłuższą metę.
- A
później? Mówiłaś w łacinie. - spytał spokojniej.
- Prosty
egzorcyzm odprawiający. W końcu mogła pójść dalej. - szepnęła
rozglądając się wokół.
- Nadprzyrodzeni?
- Zadajesz
za dużo pytań. Nadal nie wiemy, gdzie są krasnoludy. Do tego cały
las nas słyszał.
- Nie
wykręcisz się od odpowiedzi. - zapowiedział lodowato.
- Zainwestuj
w książki. - bąknęła wyjmując kompas. - Musimy iść tam. -
dodała, wskazując kierunek podróży.
Cień
poruszył się delikatnie, z uwagą przyglądając dwójce młodych
czarodziei. Przepowiednia zaczęła się spełniać...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz