27 lipca 2017

" Kop, zamiast gadać, blondi. Trzeba spalić zwłoki "

   Hej Wam!
Przepraszam wszystkich, którzy czytają mojego bloga, za tak długi okres oczekiwania. Prawie cały czas siedzę w pracy, do tego dopiero wróciłam z wakacji i za chwilę znowu porwie mnie praca.
Standardowo, pewnie pojawiło się wiele błędów, ale uwierzcie, bardzo starałam się przy tym rozdziale. W następnym wyjaśni się wiele + powinien pojawić się do końca miesiąca. ;) <3




   Śnieg obficie raczył niewielkie uliczki małego miasteczka, czyniąc je ziemią bez życia. W opustoszałych domach wiatr gwizdał straszne melodie, wydmuchując kurz na zimną zamieć. Dziurawe dachy i wybite okna potęgowały uczucie smutku i żalu, jakby pamiętały straszne i niegodziwe rzeczy. Blada poświata księżyca odbijała się od bieli kobierca tworząc srebrzyste iskry, które raz na jakiś czas unosiły się wraz z wiatrem. Nie to jednak wywoływało największe obawy, o nie. To, co mroziło krew w żyłach – to cisza. Niczym niezmącona, głucha cisza, świadcząca o braku jakiegokolwiek życia...a może nie? W jednej z opuszczonych chatek bowiem działo się coś niezwykłego.

   Zaalarmowani dziwnymi dźwiękami dobiegającymi z końca pokoju, natychmiast złapali różdżki, celując nimi w owym kierunku. Pomimo, iż wcześniej unikali stosowania magii, to nadal znajdowali się w odludnym miejscu, o którym nic nie wiedzieli. Merlin jeden raczył wiedzieć, jakie kreatury mogły go zamieszkiwać. Kurz pokrywający całą podłogę uniósł się, czyniąc dziwny taniec, jakby formował się od początku i zmieniał formę. Następnie pomieszczenie rozjaśniało, niczym rozbłysk gwiazdy. Młodzi czarodzieje zakryli oczy ramionami nie będąc w stanie patrzeć na owe zjawisko. Poczuli ciepło, następnie zapanowała znana im już ciemność...

-  Nie mogę ci nic obiecać. - odparł mężczyzna, opierając się o drewnianą ławę.
-  Jak to nie możesz? Po tym wszystkim?! - warknęła zła. - Nawet nie wiesz, ile zrobiłam dla was wszystkich.
-  Wiem i doceniam to, ale mam swoje rozkazy. Muszę ich przestrzegać. - westchnął.
-  Jasne. - prychnęła. - Cały czas to słyszę. Mam ci przypomnieć, że dzięki mnie nadal żyjesz?
-  Nie musisz, wiem co dla mnie zrobiłaś i powtarzam, że to doceniam. - mruknął mniej przyjaźnie. - Jednak to, o co mnie prosisz...zrozum Hermiono, igranie z życiem i śmiercią nigdy nie przynosi nic dobrego.
-  Dość. Jeżeli nie chcesz mi pomóc, dobrze. Nie waż się jednak mi przeszkadzać. - odparła chłodno wstając.
-  Co chcesz zrobić? - zapytał zaskoczony.
-  To już nie twoje zmartwienie, Castielu. - powiedziała wychodząc z jadalni Zakonu Feniksa.

   Było jej ciepło i wygodnie. Wiedziała, iż śpi, jednak od dawna nie miała tak spokojnej nocy, przez co ostatnim, o czym marzyła była pobudka. Nie chcąc tracić tej niezwykłej chwili przytuliła się mocniej do poduszki, która ogrzewała ją, niczym słońce. Mruknęła sama do siebie wyobrażając sobie słoneczne promienie oplatające jej ciało. Niezmącona cisza, wręcz kusiła do ponownego zagłębienia się w sen, co z ochotą zrobiła. Wciągnęła głęboko powietrze, czując jak jej myśli znów odpływają a ciało ponownie się rozluźnia. Do tego rytmiczny oddech w jej włosach wybijał idealny rytm...oddech? Podniosła się jak poparzona rozglądając wokół. Pomimo mroku oczy zapiekły ją od szybkiej pobudki. Przypomnienie sobie, gdzie jest, zajęło jej dosłownie sekundę.

-  W końcu. - usłyszała. Spojrzała w kierunku drzwi, gdzie z wielką księgą siedział jej towarzysz niedoli.
-  Co? - mruknęła zdezorientowana.
-  Długo spałaś. - rzucił niezadowolony. - Osobiście chciałem cię obudzić, ale znaj moją łaskę.
-  Malfoy, co się stało? Dlaczego ja...
-  Zaraz sama się przekonasz. - przerwał dziewczynie, odkładając gruby tom. - Ogarnij się i zejdź do kuchni. - dodał wstając. Po chwili już go nie było a ona została sama, dalej czując wspomnienie oddechu na swoim ciele, którego pochodzenia nie znała.

    Kuchnia, tudzież to, co z niej zostało, wypełniła się zapachem kawy, co Gryfonka przyjęła ze zdziwieniem. Dalej miała mętlik w głowie, ale obiecała sobie, iż doprowadzi się do ładu i składu, nie dając już Malfoy'owi powodów do drwienia z niej. Zeszła po schodach rozglądając się wokół. Z zaskoczeniem zauważyła, iż poza blondynem w pomieszczeniu znajdowały się jeszcze dwie osoby. Wszyscy odwrócili się w jej kierunku, kiedy tylko stanęła przy framudze. To, co ujrzała, zaparło jej dech w piersiach.

-   Panna Granger. - mruknął czarnooki mężczyzna.
-   Profesor Snape? - szepnęła zaskoczona, po czym spojrzała na drugą osobę. - Syriusz?
-   Witaj Hermiono. - uśmiechnął się do niej ciepło. - Dobrze widzieć cię całą.
-   Co...jak? - skupiła swoją uwagę na Draconie, doszukując się podstępu. Zmarli nie wracają tak o zza grobu, dobrze o tym wiedziała.
-   Przewodnicy. - odparł zdawkowo. W jego spojrzeniu dostrzegła coś dziwnego, jakby ostrzeżenie.
-   W jaki sposób? - spytała tym razem skupiając się na nowych twarzach.
-   Ciężko to określić... - zaczął Syriusz, jednak jego wypowiedź natychmiast uciął drugi mężczyzna.
-   Panno Granger, czy aby na pewno zachowała pani rozwinięty umysł? Zawsze w niego wątpiłem, ale teraz jestem prawie pewien, że pani poziom inteligencji to jedynie plotki. Wracając do pytania, jesteśmy tu przez was. - powiedział złośliwie. Dziewczyna słysząc ten dobrze jej znany sarkazm i ironię miała już sto procent pewności, iż przed nią stoi prawdziwy Nietoperz.
-   Na jakiej zasadzie? - ciągnęła dalej.
-   Nie wiem, jak Black, ale mnie ściągnęła więź z Draco. - odpowiedział. - Jesteśmy rodziną, krew to krew.
-   Severusie, niby taki bystry a nie wiesz, że nie tylko więzy krwi mają znaczenie w świecie magii. - zaśmiał się Syriusz kręcąc głową. - Hermiona, Harry i Ron byli dla mnie jak prawdziwa rodzina. Dlatego tu jestem. Wiemy o waszym zadaniu i postaramy się pomóc.
-   Jak niby macie to zrobić? - spytał blondyn spokojnie. - Nie powiecie mi, że czytaliście sobie bajki na dobranoc.
-   Jesteśmy duchami. - mruknął Snape. - Duchom łatwiej jest uzyskać informację i nie rzucać się w oczy.
-   Gdzie w takim wypadku jesteśmy?
-   Kiedyś była to kraina Królewny Śnieżki... - odparł Black ponuro.


    Przemierzali ośnieżone ulice kryjąc się w cieniu budynków. Sam fakt, iż na śniegu pozostawały ślady, których nie byli w stanie cały czas tuszować budził w nich niepokój. Ich Przewodnicy rozmyli się w powietrzu, aby nie utrudniać młodym czarodziejom drogi. Skupieni na własnych rozmyślaniach nie odezwali się do siebie słowem, trawiąc wszystko, czego zdążyli się dowiedzieć od Severusa i Syriusza. Według duchów całą krainę baśni okryła wieczna zima, przez co wielu musiało ukryć się w lasach, uciekając przed złem, jakie niosła za sobą rozwinięta cząstka Voldemorta. Jak wygląda owa cząstka – nie wiedzieli, bliski kontakt z nią mógł odesłać ich do krainy dusz. Pewnym było jedno, uratowanie świata baśni mogło okazać się trudniejsze, niż na początku się wydawało. Zgodnie z zaleceniami Przewodników, wyruszyli w kierunku Mrocznego Lasu, w którym Severus widział wcześniej ślady krasnoludów. Zgodnie z baśnią, tam gdzie krasnoludy, tam też sama Śnieżka. Kiedy w końcu wydostali się z umarłej doliny, dziewczyna obróciła się za siebie, omiatając wszystko wzrokiem. W swoim krótkim życiu widziała wiele, jednak obraz świata, który w dzieciństwie był dla niej ucieczką od rzeczywistości, zniszczonego i opuszczonego – bolał. Zagryzła policzki i ruszyła w dalszą drogę, zbijając wzrok w plecy swojego towarzysza, który nawet nie zwracał uwagi na jej osobę.

-   Co zrobimy, kiedy ich znajdziemy? - szepnęła wyrównując swój krok z młodym mężczyzną.
-   Wyciągniemy informacje. - odparł surowo. Dostrzegła w jego oczach irytację.

Wbrew pozorom, nawet on wiedział, iż krasnoludy należą do jednej z najbardziej upartych ras na świecie. Czy te bajkowe, czy te prawdziwe – musiały być w tej kwestii takie same.

-   Nie jesteśmy tu po to, żeby z nimi wojować. - zauważyła.
-   Czasami inaczej się nie da.
-   Daj spokój. - westchnęła zatrzymując się na chwilę. - Nie uważasz, że i tak już dużo wycierpieli? Pamiętasz, jak Stefan stwierdził, że minuta naszego czasu, to jak godzina tutaj?
-   Przelicz sobie, ile to dla nich nasz rok. - blondyn zmierzył ją uważnym wzrokiem.
-   Mogli walczyć o swoje. - powiedział chłodno, po czym ruszył dalej.
-   Może walczyli. - szepnęła bardziej do siebie, niż do niego.
-   Bezskutecznie w takim wypadku. - burknął. No tak. Malfoy i jego niezawodny słuch.

    Przez resztę drogi milczeli, skupiając się na podążaniu w odpowiednim kierunku. Hermiona czuła, jak natarczywy ból głowy powraca, licząc, iż chłopak jest zajęty własnymi myślami sięgnęła do sakiewki i wyciągnęła z niej tabletki. Malfoy zauważył to od razu, jednak nie dał po sobie poznać, iż ukradkiem obserwuje jej ruchy. Sama wpakowała ich w ową misję i za każdym razem, kiedy to sobie przypominał, miał ochotę rzucić w nią jakimś nieprzyjemnym zaklęciem. Odnajdując odpowiednią lokację, zatrzymał się w końcu rozglądając wokół.

-   To tutaj. - odparł. - Dolina Krasnoludów.

    Przed nimi rozpościerała się zniszczona i zasypana pyłem przepaść, w której można było dostrzec zgliszcza niskich budynków i wypalone pola. Najwyraźniej wydzielała ciepło, gdyż śnieg topił się w niej tworząc błoto. W oddali widniały zardzewiałe sprzęty służące do wydobywania kruszców z ziemi. Zardzewiałe, połamane i wysokie tworzyły obraz wręcz post apokaliptyczny.

-   Co tu się stało? - szepnęła szatynka.
-   Smoki. - usłyszeli obok siebie głos Syriusza. - Tak bardzo nagrzały grunt, że dalej wydziela ciepło. Lepiej tam nie schodzić.
-   Skoro widzieliście ślady krasnoludów, to gdzieś muszą być. - zauważyła.
-   Severus sprawdza okolicę. - odpowiedział duch lustrując wszystko wzrokiem.
-   Syriuszu... - zwróciła się do mężczyzny. - W czym pomoże nam odnalezienie Śnieżki? To tylko księżniczka, nie wojownik.
-   Zdziwiłabyś się - zaśmiał się cicho. - Bajki nie pokazują wszystkiego, mają przekazywać moralne prawdy dzieciom. Jak myślisz, Hermiono? Czy dla pięciolatki waleczna księżniczka, władająca mieczem i łukiem, to idealny przykład? Śnieżka w prawdziwym świecie...w sensie w tym, to przywódczyni armii. Była szkolona od maleńkości, aby prowadzić własne oddziały i bronić swojego kraju.
 
    Granger poprawiła swoje wieczne okulary, trawiąc nowe informacje. Im dłużej przebywała w tym wymiarze, tym więcej faktów mijało się z wiedzą, którą posiadała. Do tego ponure obrazy otoczenia i posępny charakter jej towarzysza zdecydowanie utrudniały operację.

-   Nic nie znalazłem. - obok nich zjawił się Severus. - Śnieg wszystko zakrył.
-   Świetnie. - mruknął Malfoy, pocierając skroń. - Dobra, rozdzielmy się. Wy i tak nic nie możecie zrobić, jesteście duchami. - mówiąc to, wskazał na Przewodników. - Granger, mówiłaś kiedyś, że umiesz o siebie zadbać, wykaż się. - dodał, nie patrząc w kierunku dziewczyny.
-   Jak chcesz. - odpowiedziała spokojnie.
-   Chcę. - mruknął. - Jeżeli w przeciągu godziny nic nie znajdziesz, wróć tutaj i idź na północ. - dodał, odwracając się do niej tyłem.
-   Uroczy... - prychnął Syriusz, lewitując za Hermioną. Snape natomiast pozostał w miejscu, obserwując odchodzącego blondyna.


    Minął kolejne połacie nagich drzew, skupiając się na poszukiwaniu śladów. Zdecydowanie, praca w pojedynkę była tym, w czym odnajdywał się najlepiej. Nie lubił pozwalać innym na podejmowanie decyzji, nie potrafił też akceptować kompromisów. Obecność duchów, oraz Granger wyprowadzała go z równowagi. Wolał już stawić czoło wrogom sam, niż co chwilę oglądać się na dziewczynę, która w jego oczach – była zwykłym celem, który łatwo trafić. Zatrzymał się na chwilę, czując, iż ktoś go śledzi. Od dłuższego czasu miał takie odczucie. Odłożył plecak na ośnieżoną ziemię i schylił się, niby poprawiając sznurówki w traperach. Tak naprawdę – nasłuchiwał. Nie minęła sekunda, a obserwator pojawił się za nim, chcąc zaatakować. Malfoy obrócił się natychmiast, wyciągając przed siebie różdżkę. Jego oczom ukazał się wysoki na dwa metry stwór, w długiej, czarnej szacie, która powiewała złowrogo na wietrze. Zamiast twarzy z kaptura wystawała mu metalowa maska, z wyrytymi inicjałami oraz dziurami w miejscu, w którym powinny być oczy.

-   Bombardo! - szepnął Draco, chcąc ogłuszyć przeciwnika.

Zaklęcie przeniknęło przez stwora i rozmyło się w otoczeniu. Ślizgon zaklął cicho, odsuwając się od postaci, która powoli zmniejszała dystans między nimi.

-   Crucio! - warknął.


    Po raz kolejny zaklęcie jedynie przemknęło przez czarną szatę przeciwnika. Blondyn odskoczył w bok, licząc, iż potwór ma jakiś słaby punkt, który wystarczy trafić. Kolejno z jego różdżki wydobywały się różnej barwy światła, niosące ze sobą śmiertelne zaklęcia. Stworzenie nagle zaczęło się rozrastać, jakby rozpościerało szaty i próbowało zakleszczyć Malfoy'a w swoim objęciu. Po raz pierwszy od dawna, waleczny młodzieniec nie wiedział, co zrobić. Bez magii pozostaje mu tylko walka wręcz, ale na zjawie nie powinna zrobić większego wrażenia. Sięgnął do sakiewki, licząc, iż zdąży wyjąć z niej miecz, który zdobył wygrywając zakład z jednym olbrzymem z Cann, jednak przeciwnik ruszył na blondyna z zawrotną prędkością, udaremniając mu szansę na obronę. Spod poszarpanego materiału wyłoniły się kościste dłonie, sięgając rozbrojonego chłopaka. Jeszcze chwila, sekunda dosłownie, a Ślizgon poczuje smak śmierci. Tym razem – własnej. Powietrze przyszył huk, Zmora w połaciach szarego dymu rozmyła się, ukazując za sobą młodą Gryfonkę z wyciągniętym pistoletem.

-   Ruszaj się! - krzyknęła do blondyna, biegnąc w jego kierunku.
-   Jak to zrobiłaś?! - wrzasnął, ruszając za nią.
-   Później ci powiem, zaraz pewnie wróci!


    Jak na zawołanie, przeciwnik pojawił się przed nimi. Hermiona była już na to przygotowana i ponownie wycelowała w głowę zjawy, strzelając z głośnym hukiem. Upiór rozmył się w powietrzu. Biegli przed siebie, nie wiedząc tak naprawdę, gdzie mogą się ukryć. Co jakiś czas potwór zaskakiwał ich z coraz to innej pozycji a szatynka liczyła w głowie naboje, licząc, iż uda jej się przeładować magazynek przed kolejnym atakiem.

-   Musimy jakoś ją pokonać! - warknął Malfoy.
-   Zabijesz ją, jedynie przez spalenie zwłok. Sory! Nie wiem, gdzie do cholery są! - wrzasnęła skacząc z wielkiej zaspy i strzelając w wyłaniającą się nad nimi zjawę.
-   Idiotko! Zaklęcie namierzające!

    Dziewczyna nie miała czasu, aby mu odpyskować za obrazę. W ostatniej chwili przeładowała magazynek i prześlizgując się pod wysokim konarem strzeliła w przeciwnika, który wyskoczył na nich zza drzew. W tym czasie jej towarzysz szeptał zaklęcia, których nie znała. Różdżka blondyna zawirowała nad jego głową i pognała na południe. Ruszyli za nią otoczeni jedynie gęstwiną łysych, czarnych drzew oraz odbijającym się od grubego śniegu księżycem. Nie zwracali uwagi na hałas, jaki wydawał pistolet Granger. Za każdym razem, kiedy trafiła w odpowiedni punkt, Malfoy doznawał mieszaniny zazdrości i podziwu. Nie wiedział, skąd dziewczyna nauczyła się tak dobrze strzelać, oraz w jaki sposób działa jej broń, skoro opóźnia ataki zjawy. Liczył się tylko fakt, iż w oddali różdżka migotała czerwonym światłem, wskazując cel, do którego dążyli. Hermiona przeładowała pistolet i strzeliła tuż nad głową blondyna, który zmroził ją wzrokiem.

-   Uważaj, gdzie celujesz – warknął.
-   Kop, zamiast gadać, blondi. Trzeba spalić zwłoki – mruknęła.
-   Jeszcze słowo, a zajmiesz ich miejsce.

    Malfoy znowu porwał różdżkę i zwyczajnie zaczął wysadzać ziemię pod nimi. Kiedy jego towarzyszka o mało nie straciła równowagi z powodu łamiącego się w ich kierunku drzewa, usłyszała zaklęcie zapalające. Odskakując od wielkiego konara poleciała w tył, wpadając na blondyna, który złapał ją, utrzymując w pionie. Zjawa pojawiła się przed nimi, jednak nie przypominała już upiora z koszmarów. Ich oczom ukazała się mała dziewczynka z zapłakanymi oczami. Hermiona przyglądała jej się chwilę, po czym zaczęła szeptać w nieznanym Ślizgonowi języku. Nie minęła sekunda, a duch rozjaśniał białym blaskiem i znikł w przestrzeni.


-   Co to, do cholery, było? - mruknął złowieszczo, mierząc szatynkę ostrym spojrzeniem.
-   Złośliwy duch. - odpowiedziała spokojnie.
-   Co takiego?
-   Złośliwy duch, Malfoy. Istnieje teoria, że jeżeli dusza po śmierci ciała nie przejdzie dalej, to pozostaje zamknięta na ziemi. Nie może za bardzo oddalić się od miejsca pochówku, z czasem zaczyna tracić zmysły i zamienia się w zmorę. Naboje naładowałam solą, zatrzymuje na chwilę duchy i kilka innych Nadprzyrodzonych, ale nic nie daje na dłuższą metę.
-   A później? Mówiłaś w łacinie. - spytał spokojniej.
-   Prosty egzorcyzm odprawiający. W końcu mogła pójść dalej. - szepnęła rozglądając się wokół.
-   Nadprzyrodzeni?
-   Zadajesz za dużo pytań. Nadal nie wiemy, gdzie są krasnoludy. Do tego cały las nas słyszał.
-   Nie wykręcisz się od odpowiedzi. - zapowiedział lodowato.
-   Zainwestuj w książki. - bąknęła wyjmując kompas. - Musimy iść tam. - dodała, wskazując kierunek podróży.

    Cień poruszył się delikatnie, z uwagą przyglądając dwójce młodych czarodziei. Przepowiednia zaczęła się spełniać...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz