Pierwsze dni nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa były dla uczniów czymś w rodzaju podróży w nieznane. Poszukiwania sal, zapoznawanie się z nowymi korytarzami, spacery po ogrodach wypełnionych magicznymi kwiatami i westchnienia na widok nowego boiska do Quiddicha nie miały końca. Młoda kobieta odziana w czerń nie zwracała na to jednak uwagi. Przechodząc po kamiennych schodach czując, jak jesienny wiatr wdziera się przez okna szukała jedynego miejsca, które pomagało jej uciec od natrętnych myśli. Biblioteka. Zgodnie ze wskazówkami MgGonagall księgozbiory znajdowały się na zielonych tarasach osadzonych na prostokątnym dachu szkoły. Kiedy w końcu wspięła się na szczyt otoczył ją zapach wiśni i róż.
To, co ujrzała przerosło jej najśmielsze oczekiwania. Cały dach Hogwartu był rajem pełnym krzewów i fontann. W oddali majaczyła jej Sowiarnia, wokół której krążyły ptaki. Na samym środku dachu stała prostokątna budowla przypominająca góralski domek. Granger pokręciła głową ponownie zastanawiając się, kto miał aż tyle wyobraźni projektując nowy wizerunek Hogwartu. Przeszła przez kamienną ścieżkę, przy której stało kilka ławeczek i podeszła do drzwi prowadzących ku jej prywatnej ucieczce. Piątkowe zajęcia skończyły się wyjątkowo szybko a słońce świeciło mocno
na niebie.
Biblioteka składała się z trzech
pięter. Wszystkie otaczały wielki hol, nad którym królował
kryształowy żyrandol. Ściany, podłogi, schody i poręcze wykonano
z ciemnego, błyszczącego drewna. W holu stało parę ław z
zielonymi lampkami a na końcu swoje miejsce miała pani Pince, schowana za pergaminami. Podniosła głowę słysząc czyjeś kroki,
ale widząc Hermionę wróciła do swoich zajęć. Wiedziała, że
prędzej czy później młoda kobieta przyjdzie, aby zatonąć w
księgach. Granger uśmiechnęła się sztucznie do bibliotekarki i
rozpoczęła zwiedzanie nowego miejsca. Znalazła swój azyl.
Po raz kolejny przelatywał przez
metalowe obręcze unoszące się nad boiskiem do Quiddicha.
Po odbudowie dodano mu kilka ciekawych
funkcji, w tym ćwiczące zręczność pierścienie, które
lewitowały wysoko nad ziemią zmieniając co chwilę swoje
ustawienie, aby utrudnić ćwiczącemu graczowi przelecenie przez
nie. Młody mężczyzna pomimo upału nie rezygnował pokonując
przestrzeń z zastraszającą szybkością. Do momentu, w którym
wkroczył ze swoją miotłą na teren boiska nie wiedział, ile
emocji i radości da mu dziki lot pod gołym niebem. Na otaczających
go trybunach nie było żywej duszy, wszyscy skupili się na
wylegiwaniu przy jeziorze, gdzie wieczorem miało płonąć ognisko.
Dla niego nie miało to znaczenia, pragnął jedynie ukończyć naukę
i rozpocząć życie gdzieś daleko, gdzie nikt go nie zna. Wzbił
się wyżej przelatując przez obręcz i nie zmieniając toru lotu
wznosił się ku niebu. Nie przejmował się niczym, ani palącym
słońcem, ani gwarem dobiegającym z oddali. Był tylko on i jego
wolność.
Zatrzymał się na pewnej wysokości
obserwując Hogwart z góry. Musiał przyznać, iż Dumbledore dał
się ponieść kreatywności. Cały dach szkoły wyłożono połaciami
zieleni a na środku stała chatka z drewna, nie pasująca zupełnie
do reszty budynków. Wisiał chwilę w bezruchu analizując wszystko
wokół. Nigdy nie był w takim miejscu, przez ostatnie lata jego
życie ograniczało się do lochów i mroku, w którym tak lubował się
Czarny Pan. Pomimo niezwykłego uroku otoczenia czuł, że całe to
piękno tylko mu przeszkadza. Ze swoją dzikością i brutalnością
nie pasował do uroczego klimatu uczelni i stada dzieci, które w
większości przeczekały wojnę schowane w bezpiecznych miejscach.
On żył nią, żył natłokiem mordów i bitew. Przesiąkł tym tak
bardzo, że czasami aż tęsknił za wirem walki. Zamknął oczy i
rozluźniając ciało pozwolił sobie na swobodne opadanie na miotle.
Powietrze omiotło jego ciało, przyjemne ciepło rozchodziło po
zmęczonych mięśniach. Świat na chwilę uciekł i do momentu, w
którym poderwał się, aby uniknąć spotkania z twardą ziemią
czuł coś na pozór szczęścia. Swój azyl.
Wieczorne ognisko skupiło na sobie
uwagę całej szkoły. Na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy,
zapach palonego drewna i polnych kwiatów przyprawiał o zawroty
głowy. Uczniowie bawili się, śmiali, robili sobie żarty.
Gdzieniegdzie zakochane pary spacerowały razem uśmiechając się do
siebie. Wśród tego wszystkiego siedziała młoda kobieta, w
otoczeniu kilku Gryfonów przyglądała się wszystkiemu, czując że
to nie jest jej miejsce. Owszem, radość przyjaciół napawała ją
szczęściem, ale ilość ludzi, którzy co chwilę próbowali z nią
rozmawiać wypytując o Harrego i Rona, którzy nie wrócili do
szkoły zaczynała ją męczyć. Czując, jak głowa zaczyna
niebezpiecznie pulsować przeprosiła Ginevrę i Nevilla kłamiąc,
że musi znaleźć MgGonagall i spytać ją o kilka rzeczy. Relacja
Hermiony i Minevry przypominała kontakt ciotki z siostrzenicą,
przez co nie wzbudziła żadnych podejrzeń znikając za krzewami
ostropestu.
Przeszła przez łąkę słysząc, jak
gwar rozmów cichnie. Jej oczy skupiły się na niewielkim jeziorze
przeciętym hebanowym mostem. Widząc, iż nikogo na nim nie ma
przeszła przez kamienną ścieżkę, pokonała połowę długości
mostu i usiadła cicho na belkach wiedząc, że nikt jej nie widzi.
Zdjęła okulary wycierając szkła o kraniec koszulki, nigdy nie
myślała, że będzie skazana na noszenie ich na co dzień.
Przydawały się do czytania, jednak w innych sytuacjach wywoływały
irytację. W zimie w połączeniu z czapką i szalikiem zakrywały
jej cały twarz, przez co czuła się jak jedna, wielka kulka
materiału. W lato nos nieprzyjemnie pocił się w miejscach, w
których oprawki podtrzymywały się w swojej pozycji. Nałożyła je
ponownie na oczy i sięgnęła do kieszeni spodni, w których
trzymała listek z tabletkami. Po chwili przełykała dwie czekając,
aż uporczywy ból ciała przeminie.
- Nooo...nieźle zmężniał. - odparła Roma.
- Mmm...jestem ciekawa, co kryje się pod jego koszulą. - rozmarzyła się Eleonora.
- Może niedługo się przekonam. - zaśmiała się Lidia poprawiając długie włosy.
- Czy my o czymś nie wiemy? - rzuciła jedna z uczennic, na co Lidia zaśmiała się perliście.
- Dracon miał być jej mężem. - wyjaśniła Eleonora. - Wcześniej, zanim jego rodzice wylądowali w Azkabanie zostali sobie przeznaczeni.
- O ty szczęściaro! - pisnęła Roma wiążąc swoje czerwone włosy w kucyk. - No ale jak to teraz? W sensie, znieśli obowiązkowe małżeństwa.
- Głupoty gadasz. - prychnęła Lidia zwężając oczy. - Widzę, jak Dracon na mnie patrzy, gra niedostępnego, ale to tylko kwestia czasu. Zobaczycie, będziemy piękną parą na semestralnym balu.
- O matulu, macie już suknie na bal? - pisnęła Roma.
- Niee...może skoczymy w weekend na zakupy? - zaproponowała Eleonora.
- Ja już mam. - westchnęła blondynka. - W wakacje sam Gustavo Ariacci stworzył dla mnie projekt, czekam tylko na wykonanie.
- Gust...o dziewczyno! Przecież to największy projektant naszych czasów!
Hermiona zagryzła policzki czując, że
irytująca wymiana zdań między Ślizgonkami przyprawia ją o
kolejny ból głowy. Sama nigdy nie przykuwała takiej uwagi do
swojego stroju. Nie miała czasu dojrzeć w kwestiach mody i urody,
gdyż pochłonął ją wir walki i leczenia ran po utracie rodziców.
Pamiętała, że jej mama zawsze wyglądała pięknie a ojciec często
chwalił uroki swojej żony, ale ważniejsze dla nich było
wykształcenie córki, niż rozpieszczanie jej drogimi strojami.
Pokój dziewczyny wypełniały książki i zabawki dla kota, którego
straciła w trakcie wojny. Była to kolejna dusza, za którą
tęskniła. Dla Granger przywiązanie było zadaniem trudnym i
wymagającym czasu, dlatego też kiedy już dopuściła kogoś do
swojego serca utratę przeżywała miesiącami. Westchnęła cicho,
czując że noc spędzi na mości, bo Ślizgonki wyciągnęły z
toreb kremowe piwo i rozgadały się w najlepsze krążąc wokół
tematu Malfoya.
Zmęczony godzinami treningu kierował
się w stronę szkoły. Jego dawni przyjaciele nie mieli odwagi
wrócić do Hogwartu, więc wizja spędzania czasu ze Ślizgonami
przy ognisku nie robiła na nim żadnego wrażenia. Na dodatek w
dormitorium czekał na niego stos zadań i ksiąg, z którymi musiał
się zmierzyć. Przeszedł przez pustą łąkę i mijając jezioro
zatrzymał się nagle. Na wodzie unosiła się łódka z pijanymi w
sztok dziewczynami z jego domu, które co chwilę wymawiały jego
imię śmiejąc się głupio. Patrzył na nie przez chwilę
rozumiejąc, że nie mówią do niego tylko o nim i nawet nie
zauważyły skromnej osoby arystokraty. Już miał odejść, kiedy
dostrzegł coś jeszcze. Na unoszącym się nad wodą moście
siedziała jakaś postać odziana w czerń. Nie potrzebował podejść
do niej, aby uświadomić sobie, iż daną osobą jest Granger.
Masowała sobie głowę poprawiając co jakiś czas okulary.
Wyglądała na zirytowaną i zmęczoną. Do listy jej wad mężczyzna
dodał plotkarstwo mylnie interpretując obecność Gryfonki wśród
Ślizgonów.
- Dracon! - usłyszał pisk
dobiegający z łódki. Roma machała do niego uśmiechając się
szeroko.
- Cii... - szepnęła Eleonora,
która jako jedyna zachowała resztki zdrowego rozsądku, gdyż jej
koleżanki już zaczęły wiosłować w stronę brzegu.

Azyl oboje znaleźli swoje własne (może znajdą również wspólny ;-)hihihi)
OdpowiedzUsuńRozdział super. Opis biblioteki i boiska wspaniałe. Hermiona i Draco wymiatają. Każde pogrążone w swoim świecie. Ale może niedługo sie otrząsną. Mam nadzieję. Jak Draco mógł pomyśleć iż Hermi plotkuje. W dodatku ze Slizgonkami. Nieładnie z jego strony. Mam nadzieje, ze coś z tego wyniknie. Leczę czytać dalej.
Trochę nie zrozumiałam tego rozdziału, serio i szczerze, a zwłaszcza końcówki. Za bardzo latach do wątku do wątku, zamiast zająć się jednym Jeden akapit trochę myli czytelnika i myśli, że to nadal kontynuwacja, a ty nagle piszesz o chłopaku. Wypadąłoby zrobić chociaż dwa entery, jak nie trzy.
OdpowiedzUsuńPlus, wyjustowanie tekstu, przede wszyzstkim! Chcesz więcej czytelników? Zadbbaj o wygląd bloga i estetykę tekstu! To są dwie podstawowe zasady tworzenia bloga.