07 kwietnia 2017

Stefan



Witam!
Nowy rozdział nie był w żaden sposób betowany - całkowity brak czasu.Nie mam pojęcia, dlaczego zamiast myślników wskakują mi kropki, poprawię to w wolnej chwili.  Mam jednak nadzieję, iż przypadnie Wam do gustu kochane! <3



   Spoglądał ukradkiem w kierunku ciemnowłosej dziewczyny, która zmęczona wcześniejszym krwotokiem z nosa, spała spokojnie na swoim miejscu. Sam nie wiedział, dlaczego przemienił swój płaszcz w koc a następnie okrył nim towarzyszkę, gdy ta przez sen trzęsła się z zimna. Może i nie był bez serca, ale takie gesty nie leżały w jego naturze. Do tego nadal odczuwał swojego rodzaju rozdrażnienie, przypominając sobie, iż po części przez nią skazano go na misję, w której nie chciał brać udziału. Postać młodej Gryfonki mąciła mu w życiu, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, iż przy ich charakterach nie będzie łatwo. Z drugiej strony – dziewczyna nie przypominała już Panny – Wiem – To – Wszystko. Nowa osobowość zdecydowanie bardziej przypadła mu do gustu. Kiedy znaleźli się w pociągu, dziewczyna bez słowa zabrała się za przeglądanie notatek, które mogły pomóc w wykonaniu zadania. Nie męczyła go pytaniami, nie wciskała na siłę wiedzy. Z ulgą rozłożył się na wszystkich bliźniaczych siedzeniach i zamknął oczy. Dopiero odgłos zrzucanych na podłogę dokumentów skupił jego uwagę na szatynce. Uchylił jedno oko spoglądając, jak tamuje krwotok z nosa chusteczką, następnie przyjmuje leki i i zirytowana do granic możliwości rozkłada się, w podobny do niego sposób, na siedzeniach. Kiedy zasnęła przestał jedynie na nią spoglądać. Uklęknął przed nią i sprawdził puls, następnie przyjrzał się branym przez dziewczynę tabletkom. Nie znał się na mugolskiej medycynie, więc zapamiętał ich nazwę i zabierając brudną chusteczkę z jej dłoni wrócił na swoje miejsce. Miał w planach uciec do krainy własnych rozmyślań, jednak Hermiona zatrzęsła się z zimna. Ignorował to na tyle długo, na ile potrafił. Zaklął cicho i rozejrzał się po przedziale, wszystkie ich bagaże teleportowano do Londynu. Nie widząc innego wyjścia zdjął swój płaszcz i przypominając sobie podstawy z transmutacji – przemienił go w gruby koc.
W ten oto sposób, sam Draco Malfoy, po raz pierwszy od lat okazał współczucie.

   Stefan Salvatore zdecydowanie nie przypominał sędziwego czarodzieja, jak to wyobrażała go sobie młoda panna Granger. Według jej obliczeń, czarodziej już dawno przekroczył dwieście lat, co nawet u najzdolniejszych magów wywołuje zmarszczki. On jednak – wysoki, silny i przystojny, absolutnie nie wpisywał się do tego schematu. Stojąc przy wyjściu z Dworca Głównego, skupiał na sobie uwagę płci pięknej. Kasztanowe włosy bujnie sterczały mu wokół głowy, zielone jak amazońskie lasy oczy, wręcz kusiły swą barwą. Ostra szczęka, pokryta kilkudniowym zarostem, dodawała mu tylko stylu. Do tego mężczyzna sporo czasu musiał spędzać na siłowni, gdyż jego jedynym konkurentem w kwestiach umięśnienia, był sam Malfoy, którego ciało wyrzeźbiła wojna. Dziewczyna zagryzła policzki, czując jak się rumieni. Obce było to dla niej uczucie, gdyż nigdy nie zwracała uwagi na atrakcyjność otaczających ją chłopców. Ciężko jednak było nie zauważyć niezwykłej, onieśmielającej wręcz – urody tajemniczego czarodzieja.
  • Witajcie. - uśmiechnął się do nich Stefan, wyciągając dłoń na powitanie.
  • Pan Salvatore? - spytała dziewczyna, chociaż odpowiedź była oczywista.
  • Tak. Miło was poznać. Dracon i Hermiona, prawda? - odparł przyglądając się uczniom Hogwartu. - Chodźcie, nie mamy za dużo czasu. - dodał kierując się w stronę taksówek.
  • Muszę jeszcze coś załatwić. Możemy spotkać się na miejscu? - zapytała młoda kobieta poprawiając swoje wieczne okulary. Malfoy spojrzał na nią obojętnie, chociaż w rzeczywistości zastanawiał się, co kombinuje jego towarzyszka.
  • Jasne, trafisz do biblioteki głównej? - odpowiedział Stefan.
  • Tak, wiem gdzie to jest.
  • Dobrze, za biblioteką jest magiczna budka telefoniczna. Zadzwoń po mnie.


Siedział przy kominku, popijając Ognistą Whisky. Popołudnie spędził z nowo poznanym czarodziejem analizując wszystkie historie, z którymi dane mu będzie się zmierzyć. W porównaniu do swojej towarzyszki on – wielki arystokrata z bogatego domu, nigdy nie dostawał pięknych baśni na dobranoc. W jego rodzinie bajki były zarezerwowane dla potencjalnych klientów i przedstawicieli Ministerstwa Magii, na dodatek nie miały uczyć o tym, że liczy się dobro i miłość, tylko nakłonić do uzyskania czegoś przez państwo Malfoy. Odchylił głowę na miękkim fotelu zamykając oczy. Minęła dwudziesta a Granger dalej nie wracała. Chociaż starał się mieć jej osobę w głębokim poważaniu, to gdzieś w jego świadomości zapaliła się ostrzegawcza lampka. Może coś jej się stało? Po długim wykładzie, którego udzielił mu Stefan, młody mężczyzna zwiedził dom. Musiał przyznać, iż podobał mu się barokowy styl pomieszczeń. Było w nich coś starego i solidnego. Większość podłóg pokrywało drewno, ściany karminowa farba i obrazy w złotych ramach. Na środku salonu stały dwa wielkie fotele, przed którymi w kominku palił się ogień. Okazało się, iż pan Salvatore gustuje w drogich, mocnych alkoholach, do tego nie ma w zwyczaju narzucać się innym, więc zostawił młodego mężczyznę samego ze złocistym trunkiem.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc, czując rosnącą irytację, oraz działanie wypitej whisky. Granger sama wyciągnęła ich na ową misję, po czym zostawiła go samego znikając w najlepsze. Prawdziwa Gryfońka głupota. Odważni w mowie, gorzej z czynami. Już miał nalać sobie kolejną szklankę, kiedy usłyszał ruch w korytarzu. Zamarł nasłuchując, przezornie trzymał różdżkę na kolanie. Dotknął jej, szykując się na obronę. Kroki powoli zbliżały się ku niemu, aż w końcu zobaczył ją.

Stanęła przed nim zasłaniając tym samym światło kominka. Nie dostrzegł wyrazu jej twarzy, ale po czerwonych policzkach i rozwianym włosiu od razu stwierdził, iż dziewczyna musiała przebiec maraton. Patrzyli na siebie chwilę, jakby oswajając się ze swoją obecnością. Malfoy powoli wyprostował się na siedzeniu, chowając różdżkę do kieszeni. Dziewczyna w tym czasie ściągnęła swój czarny płaszcz i zajęła drugi fotel. Nie powiedział nic, kiedy jednym ruchem różdżki przywołała pustą szklankę. Nie powiedział nic, kiedy nalała sobie sporą ilość whisky. Mógł też milczeć, widząc jak zamyka się w sobie i ucina niezaczętą nawet konwersację.

  • Gdzie byłaś? - spytał chłodno. Spojrzała na niego zaskoczona.
  • Nieważne. - odparła spokojnie, poprawiając okulary.
  • Mamy robotę, Granger. - mruknął dolewając sobie whisky.
  • Wiem.

Patrzył w ogień, zastanawiając się, co tak zajmowało czas dziewczyny. Z założenia nie było to dla niego ważne, ale gdzieś tam w środku – niewiedza irytowała. Przejechał palcem po obrzeżu szklanki zagryzając nieświadomie wargę. Nie zauważył, iż szatynka przygląda mu się z zainteresowaniem. Dla niej umysł młodego arystokraty owiany był jakąś tajemnicą, która korciła, aby ją odkryć. Do tego musiała przyznać – zmężniał. Już dawno zauważyła, iż Malfoy nie przypomina szczurowatego chłopca z dawnych lat. Z dziwnym rozrzewnieniem obserwowała, jak spokojnie oddycha unosząc klatkę, schowaną pod białą koszulą. W otoczeniu antycznych ozdób i czerwieni, mężczyzna wyglądał niebezpiecznie i przyciągająco. Lewę ramię zawsze zasłaniał, najprawdopodobniej widniał na nim znak Śmierciożerców. Nie wiedziała, czy jej towarzysz naprawdę przyłączył się do wojowników Voldemorta, tak na dobrą sprawę – prawie nic o nim nie wiedziała. Musiała jednak przyznać, iż jego zachowanie w stosunku do niej uległo zmianie.

  • Czego tak szukasz? - z zamyślenia wyrwał ją głos Dracona. Nadal pieścił spojrzeniem płomienie.
  • Odpowiedzi. - odparła cicho. Zaśmiał się lekko, słysząc jej słowa.
  • Na co, Granger? Co tak bardzo cię ciekawi?
  • Ty. - przyznała, nim zrozumiała, o czym mówi. Przeklęta whisky.

Popatrzył na nią zaskoczony. Oboje rozluźnili się od ilości wypitego alkoholu, jednak on nie zdobyłby się na taką szczerość wobec szatynki. Zlustrował uważnym spojrzeniem jej chudą postać. Musiał przyznać, iż bez ogromnych okularów, które odłożyła na stolik, oraz dziwnego koka na głowie, którego pozbyła się przed przybyciem do salonu – gdzieś tam młoda panna Granger była nawet urodziwa. Dla niego jednak, człowieka, którego piękno nie urzeka, ujrzenie prawdziwego uroku dziewczyny było prawie niemożliwe. Tej delikatności serca, które pomimo prób i ran dalej biło. Tej siły umysłu, który pomimo wszelkich przeciwieństw dalej zaskakiwał swoim rozwojem. Tej siły charakteru, która pomogła jej przetrwać każdy mroczny dzień. Hermiona Granger zdecydowanie nie przypominała większości ludzi – pragnących jedynie prostych, typowych rzeczy. Jej całe piękno wyłaniało się dzięki osobowości, której nie można podrobić.

  • Co się z tobą dzieje? - spytał mrużąc oczy. - Nie kłam. Wiem, że jesteś chora.
Zagryzła policzki uciekając wzrokiem od natarczywego spojrzenia mężczyzny. Nie miała zamiaru zwierzać mu się z tak prywatnych rzeczy.

  • Nie ma to związku z zadaniem. - odparła spokojnie.
  • Jeżeli zemdlejesz w trakcie walki, albo nie będziesz w stanie iść – tak Granger, ma to związek z zadaniem. - rzucił chłodno wracając do podziwiania płomieni.
  • Nie zemdleję, zadbałam o to. Dobranoc. - warknęła wstając. W ułamku sekundy szklanka mężczyzny stuknęła o stolik a on znalazł się przed szatynką.
  • Granger, ja nie martwię się o ciebie jak przyjaciel czy kochaś. Chcę przetrwać, rozumiesz? Możesz bawić się w męczennicę przed innymi, ale mnie to nie kręci. Mamy wykonać zadanie i w jednym kawałku wrócić, jasne? - szepnął jej do ucha zaciskając pięści.
  • Nie dramatyzuj, Malfoy. Myślisz, że nie wiem nic o przetrwaniu? - zakpiła.
  • Przekonam się w praktyce. Wyruszamy jutro o północy. - odparł oddalając się od szatynki.

Następnego dnia, Stefan zaprowadził dwoje uczniów do wielkiej biblioteki w podziemiach swojego domu. Wypełniona magicznymi księgami i zwojami zauroczyła młodą Gryfonkę tak bardzo, iż nie potrafiła skupić się na wskazówkach, których mężczyzna im udzielał. W oddali dostrzegła dzieła z zakresu medycyny eksperymentalnej, niezwykle rzadkie i kosztowne. Od dawna próbowała je znaleźć, ale dostęp do nich okazał się niemożliwy. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się przy nich chcąc zagłębić się w lekturze.

  • Prosperujesz na magomedyka? - usłyszała za sobą głos Salvatore. Zaskoczona obróciła w stronę mężczyzny.
  • Nie wiem. - przyznała. - To dość odpowiedzialna praca.
  • Podobno jesteś bardzo mądra. Tak przynajmniej twierdzi Albi. - uśmiechnął się.
  • Albi? Ach, dyrektor. Właśnie, jak to możliwe, że masz aż tyle lat? Kamień filozofów? - zapytała mierząc rozmówcę uważnym spojrzeniem. Ponownie usłyszała jego śmiech.
  • Nic z tego. Powiedzmy, że taki już jestem.
  • Okrutne. - szepnęła. Spojrzał na nią zaskoczony. - Taki dar to bardziej przekleństwo. Przeżyłeś śmierć wielu bliskich, prawda?
  • Tak...ale wiesz, czas leczy rany. Nauczyłem się wykorzystywać moją wieczność na robienie czegoś, czego inni nie są w stanie. Pilnuję ksiąg, co jak widać, nie zawsze jest proste. Do tego świat ciągle się zmienia a ja mogę te zmiany obserwować. - powiedział łagodnie.
  • Żyłeś w czasie drugiej wojny światowej. Jak to wyglądało?
  • Zadajesz ciekawe pytania. - zaśmiał się. - Okropnie. Po czymś takim zyskujesz niezwykły szacunek do ludzkiego życia. Wiesz, na początku się bałem, ale potem...nie wiem, przemogłem się. Walczyłem po stronie brytyjskiej, pomagałem Polakom ratować Żydów, próbowałem przekazywać ważne informacje tym, którzy chcieli wojnę zakończyć. Polityka była zagmatwana, ludzie wystraszeni. Nie wiedzieliśmy, komu możemy ufać. Do tego obozy koncentracyjne...rzeź niewinnych ludzi zawsze pozostawia po sobie namacalny ślad. Widzisz to w ludzkich oczach.
  • Rozumiem. - szepnęła Hermiona. - Powiedziałeś wcześniej, że mamy odnaleźć zagubioną cząstkę Voldemorta. Możliwe, że ma ona ludzką formę?
  • Nie wiem. Nie jestem w stanie tego stwierdzić, aczkolwiek minęło sporo czasu i jak najbardziej, jej ewolucja jest możliwa.
  • Mam nadzieję, że damy radę. - mruknęła dziewczyna.
  • Jak przestaniesz się obijać, to może i tak. - wtrącił Malfoy, dziwnie zirytowany.
  • Dobra! Pakujcie się, niedługo wyruszacie! - rzucił Stefan, widząc, iż partnerzy zaraz znowu skoczą sobie do gardeł.



Wraz z pojawieniem się na niebie okrągłego księżyca troje czarodziei spotkało się na dachu wielkiej willi Salvatore. Jak się okazało – przejście do świata baśni prowadziło nie tylko przez przestrzeń, ale i czas. Jedynym momentem, w którym można przemieszczać się między wymiarami jest okres ziemskiej pełni księżyca. Zaopatrzeni w najważniejsze przedmioty, młodzi wojownicy, oczekiwali momentu, w którym Stefan przepuści ich dalej.

  • Pamiętajcie. Musicie trzymać się razem. Po drugiej stronie spotkacie przewodników, którzy pomogą wam odnaleźć się w baśniowej krainie. Znajdźcie zagubioną cząstkę Voldemorta, zabezpieczcie ją zaklęciem i zabierzcie z powrotem. Powrót umożliwią wam amulety, które rano ode mnie dostaliście. Wystarczy trzy razy wymówić moje nazwisko a wrócicie tutaj.
  • Ile mamy czasu? - spytał Malfoy, poprawiając zapięcie kurtki.
  • Dużo, godzina tam to jak sekunda tutaj. - odpowiedział Stefan posyłając im pokrzepiający uśmiech. - Ale nie przeginajcie, po tym jak pełnia zniknie zostaniecie tam do następnej. Czyli dla was...bardzo długo. - dodał.
  • Dobra, lecimy. - powiedziała twardo szatynka.

W oddali usłyszeli bicie kościelnego dzwona, północ w końcu nadeszła a oni nie mieli już odwrotu. Jak na zawołanie wokół nich pojawiła się złota łuna światła. Dziewczyna spojrzała zaskoczona na Stefana, ten jednak z zamkniętymi oczami wymawiał skomplikowane zaklęcia, których usłyszeć nie było jej dane, gdyż głośny świst uderzył w jej uszy. Krzyknęła, chowając twarz w dłonie. Kątem oka dostrzegła, iż ciałem blondyna również wstrząsnęły dreszcze. Po chwili oboje opadli na chłodne podłoże, czując, jak uchodzi z nich życie...



Obudził się pierwszy, czując jak ból głowy uniemożliwia mu logiczne myślenie. Powoli wracały do niego zamglone obrazy. Był na dachu, wokół roznosiły się dźwięki kościelnego dzwonu, Stefan mamrotał zaklęcie, Granger upadła...Granger! Natychmiast podniósł się do pozycji siedzącej, szukając młodej kobiety. Złapał się za potylicę mamrocząc przekleństwa. Wokół leżały zaspy śniegu, na niebie unosiła się czerń wyróżniona drobnymi gwiazdami. Z zaskoczeniem stwierdził, iż wszędzie jest pusto. W oknach nie paliły się światła, z kominów nie leciał dym. Całe miasto wyglądało na wymarłe, jedynie ostry wiatr rozwiewał grudy śniegu po ulicy. Wioska, w której się znalazł przypominała cmentarzysko. Podniósł się do pozycji siedzącej, sprawdzając jednocześnie, czy nie zgubił różdżki oraz medalionu. Głucha cisza wydawała się złowieszcza i niepokojąca. Jeszcze większy niepokój wzbudzała nieobecność jego towarzyszki. Zaklął cicho i kocimi ruchami przemieścił się między chatkami z cegły. Śnieg delikatnie prószył jeszcze bardziej zasypując okolice. Ścisnął różdżkę w dłoni, przygotowując się na ewentualny atak przeciwnika. Skręcił w kolejny zaułek i stanął jak wrośnięty w ziemię.

W oddali, na niewielkim, zamarzniętym jeziorze – leżała ona. Musiała być nieprzytomna, gdyż nie wykonywała żadnych ruchów. Po raz pierwszy od dawna, młody arystokrata poczuł prawdziwy strach. Odrzucił gardę człowieka obojętnego i bez zastanowienia pobiegł w stronę jeziora. Z daleka nie był w stanie ocenić, czy dziewczyna w ogóle żyje, co wywołało u niego dziwny skurcz w żołądku. Rozejrzał się wokół, niczego niepokojącego jednak nie zauważył. Użycie czarów mogło niepotrzebnie zdradzić, iż jest czarodziejem, więc postawił pierwszy krok na lód. Był na tyle gruby, iż spokojnie mógł udźwignąć ciężar jego ciała. Nie myśląc więcej powoli pokonywał dzielącą ich odległość, nie wiedział w jakim stanie jest dziewczyna, ale liczył, iż obudzi się, kiedy potrząśnie nią kilka razy. Przenikające zimno irytowało go przemożnie, bo stan zdrowia Hermiony nie należał do najlepszych. Gdyby jeszcze musiał znosić jej przeziębienie, to olałby misję i wrócił do Hogwartu. Między arystokratą a dziewczyną pozostało zaledwie kilka metrów, kiedy usłyszał dźwięk pękającego lodu. W ostatniej chwili nabrał powietrza, gdyż tafla załamała się pod nimi wrzucając z całej siły w zimną toń wody. Przeraźliwy chłód przeniknął jego ciało wywołując wstrząs, nie myśląc o konsekwencjach niewerbalnie wypowiedział zaklęcie lumos i w oświetlonej wodzie ujrzał bezwładne ciało szatynki. Długie do pasa włosy owiały ją, niczym plątanina bluszczu. Bardziej przypominała nocną marę, niż młodą kobietę. Nie gasząc światła popłynął w jej kierunku, czując, jak strach ogarnia jego umysł. Kiedy tylko złapał ją za dłoń wpił się w usta dziewczyny, próbując oddać jej trochę tlenu. Podziałało. Otworzyła natychmiast oczy, zdezorientowana zaczęła wierzgać nogami, jednak otaczająca ją woda skutecznie spowalniała ruchy szatynki. Następnie silne ramię pociągnęło ja w górę, wydobywając na powierzchnię.

Leżeli na ośnieżonym brzegu, próbując złapać oddech. Mokrzy, zmarznięci i zmęczeni nie wiedzieli, jak zareagować. Dziewczyna poczuła, jak jej ciało trzęsie się z zimna i wyczerpania. Arystokrata również nie czuł się najlepiej. Nie dość, że przeżył przeniesienie do innego świata, to jeszcze pływał w lodowatym jeziorze i w pewien sposób...pocałował swoją towarzyszkę. Liczył, iż nigdy do tego nie wrócą. Spojrzał na jej czerwone od mrozu oblicze i zbierając w sobie siły, podniósł się do pozycji stojącej.

  • Chodź. Musimy się ogrzać. - rzucił, oddalając się od niej.

Po kilku nieudanych próbach, w końcu wstała. W trakcie marszu do jej umysłu powracały obrazy z willi Stefana, oraz dziwna ciemność, która zamroczyła jej umysł, kiedy przenosili się między światami. Chcąc, czy nie – czuła, jakby nawaliła. Nie wiedziała, dlaczego znalazła się na środku zamarzniętego jeziora i z jakiej racji nie wybudziła się sama. Do tego zawdzięczała Ślizgonowi życie, co tylko pogarszało jej stan. Sięgnęła do paska spodni, przyczepiona do niego nerka dalej trzymała się na swoim miejscu. Przed wyjazdem z Hogwartu zaczarowała ją, aby pomimo swojego małego rozmiaru spokojnie zmieściła wszystko, co przyda się im w trakcie misji. Zabezpieczona silnymi zaklęciami odporna była na płomienie i wodę. Próbowała skupić swój wzrok na sylwetce Malfoya, ale brak okularów - które spoczęły na dnie jeziora, zdecydowanie utrudniał jej owe zadanie. Do tego wiatr przybrał na sile i zmroził ją do szpiku. Czując, jak lodowacieje zacisnęła szczęki, które wydawały nieprzyjemne dla ucha dźwięki. Ciężko jej było się ruszać, jeszcze trudniej oddychać. Płuca ścisnęły się okrutnie a mokre włosy przykleiły do ciała.

  • Tutaj. - usłyszała głos blondyna.


Nadal nie zwracając na nią uwagi, wszedł do jednego z opuszczonych domków z czerwonej cegły. Jako jeden z niewielu miał całe okna i szczelny dach. Kiedy znaleźli się w środku, młoda kobieta natychmiast sięgnęła do nerki i wyciągnęła z niej różdżkę. Jednym zaklęciem osuszyła całe ciało, następnie znów włożyła dłoń do sakwy i po chwili grzebania w niej – wyciągnęła zapasową parę okularów. Po raz kolejny doceniła własną przezorność. Jej towarzysz również wysuszył całe ciało, rozglądając się po budynku.

  • Zostań tu na chwilę. - rozkazał wchodząc po drewnianych schodach. Westchnęła zirytowana, kierując się do piwnicy.

Dom był pusty. O tym, iż ktoś w nim kiedyś mieszkał świadczyły jedynie resztki jedzenia, które znalazła w piwnicy. Większość nie nadawała się do spożycia, jednak wśród konserw odnalazła hermetycznie zamkniętą puszkę z kawą. Uśmiechnęła się sama do siebie. Zabrała ze sobą zapasy z Hogwartu, więc głód jej nie groził. Nie myślała o blondynie, który również miał przy sobie sakwę, której zawartości nie znała. Malfoy na pewno potrafił radzić sobie w takich sytuacjach.

  • Jest tu coś? - podskoczyła jak oparzona, słysząc jego głos obok siebie.
  • Możesz tak się do mnie nie skradać? - mruknęła cicho. - Niewiele, ale damy sobie z tym radę.
  • Nie możemy rozpalić ognia. - oznajmił pomijając jej pytanie.
  • Wiem, nie potrzebujemy niepotrzebnej uwagi. - odparła.
  • Na piętrze jest jedna sypialnia. Biorę pierwszą wartę. Jutro ogarniemy, co tu się dzieje.
  • Dobrze. - zgodziła się, czując, jak sen powoli obezwładnia jej ciało.

Skierowała się na piętro, młody mężczyzna szedł za nią nasłuchując uderzającego o budynek wiatru. Nie podobała mu się ta sytuacja, ale musiał jakoś wydostać ich z tego miejsca. Zmęczeni i tak nie nadawali się do podróży. Kiedy tylko znaleźli się w sypialni, Draco ustawił miękki fotel niedaleko drzwi a dziewczyna zamknęła się w prowizorycznej łazience, którą wypełniał jedynie zlew, pęknięte lustro i sedes. Odpuściła sobie wiązanie długich włosów. Wyjęła z nerki bluzę i dresowe spodnie, umyła zęby, przebrała się i czując, jak zasypia na stojąco – wróciła do pokoju. Malfoy siedział spokojnie na swoim miejscu czytając zbiór baśni. Najwyraźniej szukał odpowiedzi, odnośnie miejsca, w którym się znaleźli.

  • Malfoy. - zwrócił swoje szare spojrzenie w jej kierunku.
  • Czego? - mruknął.
  • Dziękuję. Uratowałeś mi życie...znowu. - bąknęła przeczesując włosy. Musiał przyznać, iż wyglądała uroczo w tej sennej wersji samej siebie.
  • Przestań zmuszać mnie do tego. - odparł chłodno.
  • Postaram się. - odpowiedziała spokojnie, posyłając mu blady uśmiech. - Znalazłeś coś?
  • Idź spać, niewyspana na nic się nie przydasz. - westchnął teatralnie. Zaśmiała się delikatnie.
  • Wzajemnie. Możemy rzucić zaklęcia ochronne. Nie będziesz musiał nas pilnować, wyśpimy się. - zaproponowała.
  • Nie znamy tego świata, lepiej obyć się bez magii. - mruknął przekładając stronicę.
  • Znam kilka historii, w których panowała wieczna zima. - zaczęła dziewczyna, siadając w fotelu obok. - Problem w tym, że tutaj wszystko jest pomieszane. Może zima też jest efektem ubocznym działań Voldemorta?
  • Może...musimy znaleźć jakiś punkt zaczepny.
  • Stefan mówił o przewodnikach. Gdyby udało nam się ich znaleźć...
  • Daj spokój. - przerwał jej Draco. - Nikomu nie możemy ufać, sama wpakowałaś nas w tę bajeczkę, więc teraz pokaż na co cię stać.
  • Matko jedyna! Możesz już przestać? O mało dzisiaj nie utonęłam, możesz mi wygarniać do końca życia, ale po ukończeniu misji, dobrze? - warknęła złowrogo.
Malfoy już szykował odpowiedź, kiedy podłoga w pomieszczeniu skrzypnęła cicho, skupiając uwagę owej pary na miejscu, z którego dochodził alarmujący dźwięk...












3 komentarze: